Wiele lat temu temu obejrzałam „Starą baśń”. Mniej więcej w tym samym czasie hurtowo serwowano widzom takie niezapomniane obrazy kinowe i telewizyjne jak: "Wiedźmin", "Pan Tadeusz", "Ogniem i mieczem" oraz "Na dobre i na złe" - serial, który ponoć nadal żyje w TV. Wszystkie te dzieła tak mi się ze sobą zmiksowały, głównie ze względu na powtarzalność twarzy ówczesnych, topowych aktorów, że dalibóg, czasem nie do końca wiedziałam, czy Tadeusz Soplica ci to, czy Wiedźmin, czy może bezjajeczny Janek Skrzetuski, czy jestem w grodzie Popiela, czy w chreptyjowskiej stanicy, czy raczej na oddziale psychiatrycznym szpitala w Leśnej Górze.
„Stara baśń”, długo oczekiwana aż w końcu nakręcona czwarta część Trylogii, rozpoczęła się jak należy, tradycyjnie i bardzo znajomo, czyli widokiem stepów szerokich, których to okiem nawet sokolim nie zmierzysz. Aby nie pozostawić nawet cienia wątpliwości, o czym rzecz będzie się miała, kojący głos kogoś z ekipy produkcyjnej, poinformował mnie, że opowiedziany zostanie przebieg piastowskiego pospolitego ruszenia z czasów pierwszego heliocentryzmu. Następnie, bez niepotrzebnej zwłoki, pojawił się główny bohater. Z całą pewnością główny, bo któż inny byłby tak elegancko odwalony i urzekająco przystojny. Co ja mówię! Jaki tam przystojny! A toż ci on piękny był jak młody bóg! Mroczny Wiedźmin przefarbowany z platynowego blondu na ciemny kasztan, zmysłowe spojrzenie antylopy gnu, klata, biceps, odwaga, refleks! Ten ostatni przymiot natychmiast mu się zresztą przydał, bo pierwsze co piękny ów pan był uczynił, to celnym strzałem z łuku uratował bezimienną dziewicę przed zniewoleniem, którego to brzydkiego czynu mieli wielką ochotę dokonać niezidentyfikowani kryminaliści. Nota bene, dziewica owa, zapewne z powodu dziewiczego wstydu i przeżytego stresu, już do końca filmu pozostała bezimienna oraz zdumiewająco małomówna! Ciekawość swoją, kto ona zacz, zaspokoić mogłam dopiero w finale seansu, studiując uważnie napisy końcowe. Podniecający brak nazwy własnej przypisanej wspomnianej panience, tak podziałał głównemu bohaterowi na zmysły, że zagustował w niej natychmiast i na zabój. Pomimo splotu następnych, wielce niesprzyjających okoliczności, do końca pozostał wierny temu uczuciu, nie licząc drobnego epizodu, kiedy to otumaniony psychotropami przez siostrę Martę ze szpitala w Leśnej Górze, zamierzał pójść z nią w szkodę. Na szczęście nie zaszedł zbyt daleko, bo czasy były bajecznie sprawiedliwe i nieuczciwość pielęgniarki, wbrew woli pacjenta szprycującej go halucynogenami, natychmiast została przez oko opatrzności wypatrzona i surowo ukarana - strzykawa z wdziękiem pokazała numer butów! (Mogę się mylić, ale chyba 37 nosiła.) To jednak było później. Wcześniej natomiast wyszło na jaw, że główny bohater, to tak naprawdę Pan Tadeusz prawdopodobnie Ziemowit, po ojcu Piastowic, który właśnie wrócił ze szkół do rodzinnego dworu. A zażywał wiedzy nie byle gdzie, bo za morzami u wikingów. Nabył u tych życzliwych ludzi nie tylko godną Robin Hooda Księcia Złodziei umiejętność szycia ze wspomnianego wyżej łuku, ale i pierwszorzędne, czarne oficerki, akuratne do poloneza. Zakupowi temu nie ma się co zresztą dziwić - kupił, bo druga taka okazja mogła mu się szybko nie trafić. Najstarsi ludzie wszak często wspominają, jak to, w czasach kryzysu, po parę obuwia jeździło się do czeskiego Cieszyna, bo w domowej roboty łapciach z łyka wyglądałby człowiek niechlujnie i anachronicznie. A w Polsce, w czasach, o których ogólnikowo prawił na wstępie ten gość z produkcji, trwał właśnie kryzys i to nie byle jaki! Otóż ktoś, walcząc o władzę, wytruł cały parlament i zgarnął stolec nieletnich następców, który choć boleśnie twardy, ponętny był a, jako że książęcy, mocno zalatywał władzą. Ponadczasowy, inspirujący i genialny w swej prostocie pomysł wybicia do nogi obradujących posłów okazał się, co z wielkim żalem muszę stwierdzić, mało skuteczny. Na stolec nikomu trwale nie udało się załapać, więc trzeba było dokonać selekcji kandydatów urządzając bitwę, chyba pod Grunwaldem, bo do wilczych dołów pomysłu Jagiełły, powpadali wikingowie, zapędzeni tam przez ochotnicze oddziały Ziemka, który sprawnie komenderował nimi przy pomocy tatarskiej świstawki Kmicica. Udowodniono w ten sposób, że sztuka strategii jest wieczna, a bez mordobicia władzy przejąć się nie da! Kolejne wypadki potoczyły się już błyskawicznie, szczęśliwie zmierzając do upragnionego końca. Tak więc najpierw odbył się sąd boży, potem myszy zżarły zapas zboża, prasłowiański Perun gruchnął piorunem w wieżę, która, wbrew przepisom BHP, pozbawiona była odgromienia i bezpowrotnie zabił całą jej zawartość ludzką. W ten oto sposób zginął i Popiel i Popielica i prawdopodobnie mała Popielniczka, która była chłopcem.
Wówczas Jan Ziemowit Soplica-Skrzetuski już bez przeszkód mógł ożenić się z konsekwentnie bezimienną dziewicą, która ponoć okazała się, za przeproszeniem, Dziwą, choć w filmie nie przedstawiono na to rzetelnych dowodów, a to pozwala mniemać, że posądzenie było bezpodstawne i ogromnie dla inkryminowanej dziweczki krzywdzące. „Starą baśń” można z czystym sumieniem uznać za film dla każdego, ze szczególnym wskazaniem na miłośników prozy Sienkiewicza, którzy mogą się delektować kolejną ekranizacją powieści tego narodowego epika, zupełnie przypadkowo napisanej przez Kraszewskiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz