Jedynka podobała
mi się. Zastąpienie klasycznego Holmesa-sztywniaka w pelerynie i zmutowanej
dżokejce, Holmesem – awanturnikiem i rozrabiaką, było bajeranckim pomysłem.
Zupełnie świeże spojrzenie na, klasyczną już w tej chwili, postać detektywa,
zostało przez twórców filmu starannie wyważone. Ritchie wyeksponował te cechy i
umiejętności Holmesa, które u Doyle’a zostały w tekście zaledwie wspomniane, a
sam bohater nigdy ich w akcji bezpośrednio nie zademonstrował. O tym, że był
znakomitym bokserem, znawcą wschodnich sztuk walki, albo że miał szerokie
„koneksje” i poważanie w londyńskim półświatku, dowiadujemy się wyłącznie za
pośrednictwem Watsona. W „Sherlocku Holmesie” nie przekroczono cienkiej linii
dzielącej twórcze wykorzystanie literackiego pierwowzoru od, niesłychanie mnie
irytującej, mody na ersatz,
polegającej na „pożyczeniu” imienia słynnej filmowej lub literackiej postaci ,
a następnie upichceniu z niej bigosu - nowych przygód bohaterów np. „Przeminęło
z wiatrem” albo choćby tego biednego Kubusia Puchatka. W „jedynce” Holmes
pozostał Holmesem – geniuszem dedukcji, ryzykantem nieustannie żądnym nowych
wrażeń, gościem, dla którego bezczynność równa się śmierci, a błogi spokój
- nerwicy. Szaleje więc po mieście, popisuje siłą umysłu i mięśni, lecz
robi to w precyzyjnie przemyślanych przez scenarzystę granicach, gwarantujących
miłośnikom prozy Doyle’a rozpoznanie tożsamości bohatera nie tylko na zasadzie
zbieżności nazwisk. I do tego spora, ale proporcjonalna doza humoru! Było fajnie!
Na „Grę cieni” czekałam więc z apetytem, mając nadzieję, że na obiad zostanie
podane coś równie smakowitego, jak wcześniejsza przystawka. I gucio. Delikatnie
mówiąc. A mówiąc szczerze, już po kilkunastu minutach odniosłam niemiłe
wrażenie, że chyba nawiedza mnie niestrawność. Pozostając w konwencji
kulinarnej – potrawę przygotował ten sam zdolny kucharz, ale eksperymentowanie
z przyprawami mu nie wyszło. Usiłowania reżysera – scenarzysty - aktorów, aby w
bez mała każdej scenie i każdej kwestii przemycić dowcipek, gag albo inną formę
humoru z lekka mnie rozjuszył – nie cierpię być rozśmieszana na siłę. Scena
walki z Tatarzynem (?) w futrzanej mycce, która trzymała się jego łba niczym
przyklejona superglue, pomimo, że fikał koziołki i skakał po meblach jak
gibbon, zdumiała mnie, nie rozbawiła, a Downey junior hasający w damskiej
kiecce i makijażu podrzędnej szansonistki - próba zaserwowania humoru z czasów
wczesnego de Funesa - zażenowała rozpaczliwym mruganiem oczkiem reżysera
do widza: "Dobrze się bawicie? A widzicie, jakie sobie jaja robię z
dziadzia Sherlocka?". W wykonaniu Dustina Hofmana („Tootsie”) albo jeszcze
lepiej naszego genialnego Wojciecha Pokory („Poszukiwany, poszukiwana”) taki
misz-masz był cudny, ale jako dowód słynnych umiejętności charakteryzatorskich
Holmesa, okazał się do kitu. Brakowało tylko tortu na gębie Watsona, żeby
wyszła slapstickowa komedia Buster Keatona. Odniosłam wrażenie, że Richtie za
długo bawił w Hollywood i nadmiernie nasiąknął amerykańskim stylem bawienia
odbiorcy, typu: heros, o nerwach jak postronki, rzuca dowcipem w chwili, gdy
waży się jego życie, spada z dziesiątego piętra poprawiając w czasie lotu
krawat, zatyka sobie rozerwaną aortę skarpetką i nonszalancko zapala papierosa.
Jedynka była filmem kryminalno-sensacyjnym z elementami komedii, dwójka -
kiepską komedią z elementami filmu sensacyjnego, zaprawioną mordobiciem rodem z
komiksu o Żółwiach Ninja. Nie oceniam filmu, bo to, że okazał się nie być w
„moim typie” nie oznacza, że jest kiepski, a jedynie, że mi nie leży. Bardzo
nie leży. Zdarza się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz