niedziela, 3 lipca 2016

Noc sprzątania twardego dysku: Stara Baśń



Wiele lat temu temu obejrzałam „Starą baśń”. Mniej więcej w tym samym czasie hurtowo serwowano widzom takie niezapomniane obrazy kinowe i telewizyjne jak: "Wiedźmin", "Pan Tadeusz", "Ogniem i mieczem" oraz "Na dobre i na złe" - serial, który ponoć nadal żyje w TV. Wszystkie te dzieła tak mi się ze sobą zmiksowały, głównie ze względu na powtarzalność twarzy ówczesnych, topowych aktorów, że dalibóg, czasem nie do końca wiedziałam, czy Tadeusz Soplica ci to, czy Wiedźmin, czy może bezjajeczny Janek Skrzetuski, czy jestem w grodzie Popiela, czy w chreptyjowskiej stanicy, czy raczej na oddziale psychiatrycznym szpitala w Leśnej Górze.


„Stara baśń”, długo oczekiwana aż w końcu nakręcona czwarta część Trylogii, rozpoczęła się jak należy, tradycyjnie i bardzo znajomo, czyli widokiem stepów szerokich, których to okiem nawet sokolim nie zmierzysz. Aby nie pozostawić nawet cienia wątpliwości, o czym rzecz będzie się miała, kojący głos kogoś z ekipy produkcyjnej, poinformował mnie, że opowiedziany zostanie przebieg piastowskiego pospolitego ruszenia z czasów pierwszego heliocentryzmu. Następnie, bez niepotrzebnej zwłoki, pojawił się główny bohater. Z całą pewnością główny, bo któż inny byłby tak elegancko odwalony i urzekająco przystojny. Co ja mówię! Jaki tam przystojny! A toż ci on piękny był jak młody bóg! Mroczny Wiedźmin przefarbowany z platynowego blondu na ciemny kasztan, zmysłowe spojrzenie antylopy gnu, klata, biceps, odwaga, refleks! Ten ostatni przymiot natychmiast mu się zresztą przydał, bo pierwsze co piękny ów pan był uczynił, to celnym strzałem z łuku uratował bezimienną dziewicę przed zniewoleniem, którego to brzydkiego czynu mieli wielką ochotę dokonać niezidentyfikowani kryminaliści. Nota bene, dziewica owa, zapewne z powodu dziewiczego wstydu i przeżytego stresu, już do końca filmu pozostała bezimienna oraz zdumiewająco małomówna! Ciekawość swoją, kto ona zacz, zaspokoić mogłam dopiero w finale seansu, studiując uważnie napisy końcowe. Podniecający brak nazwy własnej przypisanej wspomnianej panience, tak podziałał głównemu bohaterowi na zmysły, że zagustował w niej natychmiast i na zabój. Pomimo splotu następnych, wielce niesprzyjających okoliczności, do końca pozostał wierny temu uczuciu, nie licząc drobnego epizodu, kiedy to otumaniony psychotropami przez siostrę Martę ze szpitala w Leśnej Górze, zamierzał pójść z nią w szkodę. Na szczęście nie zaszedł zbyt daleko, bo czasy były bajecznie sprawiedliwe i nieuczciwość pielęgniarki, wbrew woli pacjenta szprycującej go halucynogenami, natychmiast została przez oko opatrzności wypatrzona i surowo ukarana - strzykawa z wdziękiem pokazała numer butów! (Mogę się mylić, ale chyba 37 nosiła.) To jednak było później. Wcześniej natomiast wyszło na jaw, że główny bohater, to tak naprawdę Pan Tadeusz prawdopodobnie Ziemowit, po ojcu Piastowic, który właśnie wrócił ze szkół do rodzinnego dworu. A zażywał wiedzy nie byle gdzie, bo za morzami u wikingów. Nabył u tych życzliwych ludzi nie tylko godną Robin Hooda Księcia Złodziei umiejętność szycia ze wspomnianego wyżej łuku, ale i pierwszorzędne, czarne oficerki, akuratne do poloneza. Zakupowi temu nie ma się co zresztą dziwić - kupił, bo druga taka okazja mogła mu się szybko nie trafić. Najstarsi ludzie wszak często wspominają, jak to, w czasach kryzysu, po parę obuwia jeździło się do czeskiego Cieszyna, bo w domowej roboty łapciach z łyka wyglądałby człowiek niechlujnie i anachronicznie. A w Polsce, w czasach, o których ogólnikowo prawił na wstępie ten gość z produkcji, trwał właśnie kryzys i to nie byle jaki! Otóż ktoś, walcząc o władzę, wytruł cały parlament i zgarnął stolec nieletnich następców, który choć boleśnie twardy, ponętny był a, jako że książęcy, mocno zalatywał władzą. Ponadczasowy, inspirujący i genialny w swej prostocie pomysł wybicia do nogi obradujących posłów okazał się, co z wielkim żalem muszę stwierdzić, mało skuteczny. Na stolec nikomu trwale nie udało się załapać, więc trzeba było dokonać selekcji kandydatów urządzając bitwę, chyba pod Grunwaldem, bo do wilczych dołów pomysłu Jagiełły, powpadali wikingowie, zapędzeni tam przez ochotnicze oddziały Ziemka, który sprawnie komenderował nimi przy pomocy tatarskiej świstawki Kmicica. Udowodniono w ten sposób, że sztuka strategii jest wieczna, a bez mordobicia władzy przejąć się nie da! Kolejne wypadki potoczyły się już błyskawicznie, szczęśliwie zmierzając do upragnionego końca. Tak więc najpierw odbył się sąd boży, potem myszy zżarły zapas zboża, prasłowiański Perun gruchnął piorunem w wieżę, która, wbrew przepisom BHP, pozbawiona była odgromienia i bezpowrotnie zabił całą jej zawartość ludzką. W ten oto sposób zginął i Popiel i Popielica i prawdopodobnie mała Popielniczka, która była chłopcem.
Wówczas Jan Ziemowit Soplica-Skrzetuski już bez przeszkód mógł ożenić się z konsekwentnie bezimienną dziewicą, która ponoć okazała się, za przeproszeniem, Dziwą, choć w filmie nie przedstawiono na to rzetelnych dowodów, a to pozwala mniemać, że posądzenie było bezpodstawne i ogromnie dla inkryminowanej dziweczki krzywdzące. „Starą baśń” można z czystym sumieniem uznać za film dla każdego, ze szczególnym wskazaniem na miłośników prozy Sienkiewicza, którzy mogą się delektować kolejną ekranizacją powieści tego narodowego epika, zupełnie przypadkowo napisanej przez Kraszewskiego.

czwartek, 30 czerwca 2016

Noc z "Sherlockiem Holmesem: Gra cieni"

Jedynka podobała mi się. Zastąpienie klasycznego Holmesa-sztywniaka w pelerynie i zmutowanej dżokejce, Holmesem – awanturnikiem i rozrabiaką, było bajeranckim pomysłem. Zupełnie świeże spojrzenie na, klasyczną już w tej chwili, postać detektywa, zostało przez twórców filmu starannie wyważone. Ritchie wyeksponował te cechy i umiejętności Holmesa, które u Doyle’a zostały w tekście zaledwie wspomniane, a sam bohater nigdy ich w akcji bezpośrednio nie zademonstrował. O tym, że był znakomitym bokserem, znawcą wschodnich sztuk walki, albo że miał szerokie „koneksje” i poważanie w londyńskim półświatku, dowiadujemy się wyłącznie za pośrednictwem Watsona. W „Sherlocku Holmesie” nie przekroczono cienkiej linii dzielącej twórcze wykorzystanie literackiego pierwowzoru od, niesłychanie mnie irytującej, mody na ersatz, polegającej na „pożyczeniu” imienia słynnej filmowej lub literackiej postaci , a następnie upichceniu z niej bigosu - nowych przygód bohaterów np. „Przeminęło z wiatrem” albo choćby tego biednego Kubusia Puchatka. W „jedynce” Holmes pozostał Holmesem – geniuszem dedukcji, ryzykantem nieustannie żądnym nowych wrażeń, gościem, dla którego bezczynność równa się śmierci, a błogi spokój -  nerwicy. Szaleje więc po mieście, popisuje siłą umysłu i mięśni, lecz robi to w precyzyjnie przemyślanych przez scenarzystę granicach, gwarantujących miłośnikom prozy Doyle’a rozpoznanie tożsamości bohatera nie tylko na zasadzie zbieżności nazwisk. I do tego spora, ale proporcjonalna doza humoru! Było fajnie! Na „Grę cieni” czekałam więc z apetytem, mając nadzieję, że na obiad zostanie podane coś równie smakowitego, jak wcześniejsza przystawka. I gucio. Delikatnie mówiąc. A mówiąc szczerze, już po kilkunastu minutach odniosłam niemiłe wrażenie, że chyba nawiedza mnie niestrawność. Pozostając w konwencji kulinarnej – potrawę przygotował ten sam zdolny kucharz, ale eksperymentowanie z przyprawami mu nie wyszło. Usiłowania reżysera – scenarzysty - aktorów, aby w bez mała każdej scenie i każdej kwestii przemycić dowcipek, gag albo inną formę humoru z lekka mnie rozjuszył – nie cierpię być rozśmieszana na siłę. Scena walki z Tatarzynem (?) w futrzanej mycce, która trzymała się jego łba niczym przyklejona superglue, pomimo, że fikał koziołki i skakał po meblach jak gibbon, zdumiała mnie, nie rozbawiła, a Downey junior hasający w damskiej kiecce i makijażu podrzędnej szansonistki - próba zaserwowania humoru z czasów wczesnego de Funesa -  zażenowała rozpaczliwym mruganiem oczkiem reżysera do widza: "Dobrze się bawicie? A widzicie, jakie sobie jaja robię z dziadzia Sherlocka?". W wykonaniu Dustina Hofmana („Tootsie”) albo jeszcze lepiej naszego genialnego Wojciecha Pokory („Poszukiwany, poszukiwana”) taki misz-masz był cudny, ale jako dowód słynnych umiejętności charakteryzatorskich Holmesa, okazał się do kitu. Brakowało tylko tortu na gębie Watsona, żeby wyszła slapstickowa komedia Buster Keatona. Odniosłam wrażenie, że Richtie za długo bawił w Hollywood i nadmiernie nasiąknął amerykańskim stylem bawienia odbiorcy, typu: heros, o nerwach jak postronki, rzuca dowcipem w chwili, gdy waży się jego życie, spada z dziesiątego piętra poprawiając w czasie lotu krawat, zatyka sobie rozerwaną aortę skarpetką i nonszalancko zapala papierosa. Jedynka była filmem kryminalno-sensacyjnym z elementami komedii, dwójka - kiepską komedią z elementami filmu sensacyjnego, zaprawioną mordobiciem rodem z komiksu o Żółwiach Ninja. Nie oceniam filmu, bo to, że okazał się nie być w „moim typie” nie oznacza, że jest kiepski, a jedynie, że mi nie leży. Bardzo nie leży. Zdarza się.



Noc koszmarnych reminiscencji


Macie w sekretnym CV wydarzenia fantastycznie absurdalne, które chcielibyście wykasować z pamięci? Ja mam, nawet w sporym nadmiarze. Ostatniej zimy zaliczyłam kolejne, może nie najbardziej kompromitujące, ale na pewno okrutnie stresujące. Tak mi się przypomniało...
Zimy długo latoś nie było, więc dnia pewnego zostawiłam samochód przed garażem, żeby rano zyskać dodatkowe sześć minut snu. W nocy nieoczekiwanie nastąpiło zlodowacenie wtórne, więc o 6.50, zamiast bryki, ujrzałam kopkę śniegu oblanego zamarzniętą politurą. Czysta złośliwość losu! Wejście do środka, włączenie ogrzewania i wydobycie skrobaczki okazało się utopią, więc przy pomocy nieaktualnej karty bankomatowej wydłubałam nieduży wizjer na szybie przed kierowcą, a potem plastikową szufelką zaczęłam podważać brzeg drzwi w nadziei, że może się jednak odkleją od uszczelki. Nie odkleiły się, za to w drzazgi poszła i szufelka i dwa z moich świeżo zrobionych paznokci. Spocona i wściekła, ale nadal pełna ducha walki, wróciłam do domu po przedłużacz oraz suszarkę do włosów — urządzenie wielce przydatne, jeśli chodzi o odmrażanie samochodu. Prawie godzinę zajęło mi szukanie rzeczonego przedłużacza, który oczywiście nie leżał tam, gdzie powinien, powtórne ablucje i poprawianie rozbabranego makijażu. Kiedy wylazłam z domu, wyposażona w sprzęt marki Remington 2000W z dyfuzorem i cudem znaleziony w piwnicy kręciołek z kablem, okazało się, że z podziemia na świat boży wypełzła odwilż i wszystko co białe, samoczynnie zaczęło zjeżdżać z karoserii! No, ludzie kochani, myślałam, że mnie ciężki szlag trafi! Po kiego się było wykazywać twórczym myśleniem, paznokcie przy tym tracąc, skoro wystarczyło poczekać!
Porzuciłam zbędne mi już AGD, odpaliłam gablotę i ruszyłam co tchu na niezwykle oficjalne, niezwykle pilne i niezwykle służbowe spotkanie. Oczywiście ubrana byłam niezwykle starannie, niezwykle pięknie (no, powiedzmy) i niezwykle służbowo. Tak mi się w każdym razie wydawało, dopóki, po dotarciu do celu, wysiadając, nie wystawiłam z samochodu nóg. Rajstopy były spoko – świeżutki zakup z nowej kolekcji Gatty, ale, cholera jasna, im niżej, tym gorzej! Ze zgrozą i niedowierzaniem gapiłam się na własne końcówki, obute w wiekuiste, obtłuczone glany, z noskami zjechanymi do goła i strzępkami sznurowadeł, których używam (glanów, rzecz jasna, nie sznurowadeł) wyprowadzając psa na bezdroża lub wykonując prace ciężkie! W amoku odmrażania kompletnie wyszło mi z głowy, że przed wyjazdem bezwzględnie powinnam była wdziać mniej sfatygowane buciory...
Po kilkugodzinnej naradzie, którą przesiedziałam z odnóżami splecionymi w precelek i starannie wepchniętymi pod krzesło, wraz z kilkoma normalnie ubranymi osobami, poszłam na kawę. Od rana była ona już trzecią, więc naturalną koleją rzeczy zapragnęłam odwiedzić toaletę. Czyściutką, pachnącą i klaustrofobicznie maciupeńką! A ja właśnie, amatorsko, cierpię na klaustrofobię. Taką szczególną — wybiórczą! Absolutnie zawsze, korzystając z publicznych przybytków, skupiam się nie na celu, w jakim do nich przybywam, lecz obmyślaniu metod ewakuacji w przypadku, gdyby drzwi nieodwracalnie się zatrzasnęły. Z przyzwyczajenia i tym razem zaczęłam analizować wnętrze. Skonstatowałam (nie po raz pierwszy zresztą, bo w kawiarni tej bywam często), że oprócz drzwi, ustronne to miejsce nie posiada wyjść alternatywnych. Okien zero, ściany solidnie wymurowane aż po sufit, a kratka ściekowa tak mikroskopijna, że i bohaterskie przeczołganie się kanałami odpada! Były to jednak spostrzeżenia rutynowe, więc odfajkowując je, zrealizowałam jednocześnie wiadomo co, „skompletowałam wygląd” i obróciłam pokrętełko zamka. Potem obróciłam raz jeszcze i jeszcze raz, i kolejny! Obracać, owszem, obracało się jak diabli, ale zasuwka ani drgnęła! Po raz drugi tego dnia poczułam, jak oblewa mnie zimny pot desperacji. Kłapnęłam z całej mocy klamką, licząc, że coś to pomoże, bo cuda ponoć się zdarzają. Może i prawda, ale niestety, tym razem okazała się być ona bez pokrycia. Najczarniejszy z czarnych scenariuszy, opowiadający o powolnej, samotnej, upokarzającej śmierci w publicznej toalecie, stawał się ciałem! Zatrzasnęłam się na amen! Co robić? Krzyczeć? Ale co krzyczeć? Pali się? Złodzieje? Na pomoc? Help me? Otwórzcie, kurwa, te drzwi? Nie mogąc się zdecydować ani na zdanie, ani na jego równoważnik, postanowiłam pukać. Najpierw metodą standardową, ale szybko zaczęły mnie boleć kostki palców, toteż trachnęłam parę razy w dechy samochodowym pilotem, szczęśliwie znalezionym w kieszeni. Przypomniałam sobie jednak, ile zapłaciłam za jego wymianę po katastrofie, której niegdyś uległ, więc zastąpiłam go zapalniczką. Zwiększyłam także częstotliwość uderzeń. I nic! No żesz w mordę! Wszyscy goście tudzież personel są głusi, czy mają pęcherze pojemniejsze od mojego? Nikt nie słyszy mojego S.O.S.? Nikt nie potrzebuje zrobić siusiu? Paniczna cholera mną zatrzęsła, więc gratulując sobie w duchu, że zapomniałam rano zmienić obuwie na subtelniejsze, pociągnęłam z glana w dolną część drzwi. Łomot jaki się rozległ, zerwałby na nogi nawet siedmiu braci śpiących, więc podziałał i na ułomny zmysł słuchu kelnerki. Wparowała do części „umywalkowej” toalety, zadała mi idiotyczne pytanie: „Zatrzasnęła się pani?”, po czym natychmiast gdzieściś wyparowała. Po chwili wróciła, prowadząc ze sobą czterech (!), jak się później okazało, gości, którzy w nadziei zdobycia unikalnej sprawności rycerza ratującego księżniczkę z zamkniętej wieży, porzucili filiżanki kawy „Muu” i wyposażeni w jeden nóż stołowy, przybyli, aby wspólnymi siłami przekręcić od zewnątrz zamykadełko. Zanim przystąpili do tego wiekopomnego dzieła, jeden z nich – Rycerz Ani Chybi Jajogłowy – zapytał mnie, czy aby na pewno mają otworzyć te nieszczęsne wrota! Bardzo to przezorne, że się upewnił. Bardzo! Ostatecznie jako Jajogłowy miał prawo podejrzewać, że nadal wiszę nad klopem w pozycji jednoznacznej, na wabia grzmocę w drzwi z buta, a w rzeczywistości nieprzystojnie dybię na ich skromność, honor i śluby czystości! Phhh! Mimo wszystko, gdy już przestałam czuć się zapuszkowana i odzyskałam podstawowe zasoby stabilności emocjonalnej, udało mi się wycedzić w kierunku mojego bohatera zwięzłe „Dziękuję” i omieść go wyniosłym spojrzeniem. Wolność, to piękna sprawa, więc warta jest pewnych ofiar!

sobota, 25 czerwca 2016

Noc pomyłek: "W zapomnieniu" - Agnieszka Lingas-Łoniewska


Chciałabym wiedzieć, dla jakiego kręgu odbiorców pani Lingas-Łoniewska przeznaczyła powieść "W zapomnieniu"? Ze stylu języka (z grzeczności nie użyję określenia - „siermiężnego”), sposobu obrazowania, tudzież metody budowania postaci i konstruowania fabuły, można wnosić, że chyba dla pożeraczy telenowel, którym światło plazmowych ekranów znieczuliło percepcję i spacyfikowało szare komórki.

„Musiał użyć całej swojej siły woli, aby nie złapać jej w mocne objęcia i nie wpić się w jej wargi, które wyraźnie tego właśnie oczekiwały.”

„Ona przywarła do jego klatki piersiowej i wdychała świeży zapach jego perfum pomieszany z męskim piżmowym aromatem.”

„Popatrzyła na jego szerokie plecy, teraz lekko zgarbione, i podeszła bliżej, walcząc z chęcią pogłaskania go po dłuższych brązowych włosach. Wreszcie po chwili pokonana uniosła dłoń i zrobiła to, z czym nie mogła i nie chciała walczyć, po czym spytała cicho:(...)”

„Ale gdy spojrzał w jej prawie granatowe oczy, wiedział, że zrobi wszystko, o co go poprosi.
- Pytaj - odparł, jednocześnie zamykając jej drobną dłoń w swojej dużej, ciepłej ręce.
Spojrzała na swoją dłoń, całkowicie ukrytą w jego, podniosła na niego wzrok i powiedziała:(...)”

Język gimnazjalistki nocami klepiącej na kompie pierwszą w życiu powieść tragiczno-erotyczną. Powtórzenia. Drewniane dialogi. Melodramatyczne pojękiwania narratora. Przecież czegoś takiego na trzeźwo czytać się nie da! Odpadłam po kilku pierwszych rozdziałach, zniesmaczona właściwie wszystkim: Tym, że znowu natknęłam się na czytadło będące smutnym dowodem, że „pisać każdy może”. Tym, że ta „produkcja”, choć nosi inny tytuł, rozgrywa się w innej przestrzeni, a bohaterowie noszą inne imiona jest identyczna, jak koszmarek, który tak mnie zbulgotał, że założyłam konto na Lubię Czytać, aby dać wyraz swej frustracji. (I dałam – w mojej pierwszej, zamieszczonej tam opinii.) Tym, że zarówno p. Łoniewska, jak i ta druga pani, której nazwisko wyresetowałam z pamięci (Wpis: Nocne koszmary), w żenujący sposób grają wszelkimi dostępnymi, marnymi kalkami. Zgroza i desperacja. Niewykluczone, że pani, dwojga nazwisk, Lingas-Łoniewska, mogąca się pochlubić kilkunastoma wydanymi pozycjami, rozwinęła skrzydła i naostrzyła pióro, ale ja, niestety, nie odważę się już tego sprawdzić.
Po „W zapomnieniu” sięgnęłam, bo przeczytałam bardzo pochlebną opinię o autorce, napisaną przez jednego z użytkowników portalu Lubię Czytać, którego wpisy uważam (podobnie jak dziesiątki innych bywalców LCz) za interesujące i wartościowe. Dlaczego mi Pan, Panie Wojciechu G., to zrobił?

sobota, 7 maja 2016

Noc bezsenna: Jane Austen

Anglicy mieli swoją Jane Austen, my… no, my nie mieliśmy, niestety. Owszem, mniej więcej w tym samym okresie tworzyła np. Maria Wirtemberska, córka Izabeli Czartoryskiej, ale jej najsłynniejsza powieść „Malwina czyli domyślność serca” prawie mnie zabiła, gdy w ramach lektury obowiązkowej, zmuszona byłam kiedyś „spożyć” jej treść. Pożar, bohaterski ratunek, piękny młodzieniec wabiący się Ludomir, równie piękna arystokratka Malwina, w czternastej wiośnie życia zaobrączkowana przez niekochanego, podstarzałego hulakę (który, na szczęście, w odpowiednim momencie był uprzejmy zginąć na polowaniu), miłość, niewierność, kłody pod nogi, cudowne zrządzenia losu, nieoczekiwane spotkania, dwa serca złączone, klucz wrzucony w kanalizację przeciwdeszczową. Matko jedyna! Zagłada! Ergo: lektury, które do szału uniesień i potoków łez doprowadziłyby Marianne Dashwood z „Rozważnej i romantycznej”, można w polskiej literaturze namierzyć, ale niestety pisarki na miarę Jane – błyskotliwej, krytycznej i niekonwencjonalnej, próżno w polskim romantyzmie szukać. Przy powieściach Austen nie oniemiałam z zachwytu, szczególnie, że nie wszystkie miały szczęście do dobrych tłumaczy, ale przeczytałam je bez przymusu i ze sporą przyjemnością. Za to ekranizacje jej twórczości uwielbiam i to z powodu całkowicie banalnego: są po prostu piękne. W takim najprostszym sensie: piękne są zdjęcia, sielankowe plenery i fortepianowa, romantyczna muzyka, piękni ludzie pokazani są w pięknych wnętrzach, a nieskomplikowane historie pięknie się kończą. Gdy mam paskudny dzień lub jeszcze gorszą noc, „na zaśnięcie” oglądam „Dumę i uprzedzenie”, tę bez wątpienia najlepszą, pięcioodcinkową wersję z 1995 roku. I, głupia sprawa, największą przyjemność sprawia mi podziwianie czołówki z fantastycznie kojącym, muzycznym motywem w tle. Wzorzysta materia ozdabiana przez kogoś maleńkimi perełkami, pożółkłe koronki, riuszki i guziczki obciągane pastelową nicią, połysk wyblakłego jedwabiu – nostalgiczne wspomnienie nieistniejącego już świata sprawia, że odzyskuję spokój i jest mi zwyczajnie dobrze – pełen relaks. Jestem zadowolona, że ten film przenosi mnie w świat płaski,  jednoznacznie pozytywny,  spokojny niczym pejzaże Constable'a, starannie wyprany z wszelkich dramatycznych problemów egzystencjalnych - bez głodnych, chłopskich dzieci, zaharowanych matek, nędznych chat, śmierci i nieszczęść. Pozwala mi odetchnąć i podładować baterie, może i sztuczną, ale dobrą energią. Łatwiej mi następnego dnia zachować pogodę ducha, gdy codzienność zaczyna straszyć swoją zwykłą gębą.

Noc filmowych powtórek: "Dziennik Bridget Jones" (2001)


Nie jestem widzem ambitnym na tyle, aby oglądać wyłącznie filmy, które gwarantują zaliczenie tête à tête ze sztuką wysoką. Szczerze mówiąc jestem dość prosta, a więc i  moje oczekiwania, co do produkcji następców Mélièsa (że tak polecę eufemizmem w celu uniknięcia powtórzenia),  są całkowicie trywialne: głównie szukam w nich rozrywki i przyjemnych wrażeń estetycznych.  Dobre zdjęcia, w miarę niesztampowy scenariusz, profesjonalne aktorstwo (akurat ten warunek musi być bezwzględnie spełniony), interesująca ścieżka muzyczna i jestem widzem zadowolonym. Czasem bardziej, czasem mniej, ale jednak. Dziennik Bridges Jones dość mnie usatysfakcjonował, bo scenariusz miał znakomity,  reżyserię na wysokim poziomie, bardzo dobrą obsadę i co najmniej jedną scenę, która, moim zdaniem, powinna przejść do historii filmu. Mam na myśli „duel  zalotników” czyli przekomicznie nieudolne mordobicie w wykonaniu Marka Darcy’ego i Daniela Cleavera. W „Brygidzie” – przekornych wariacjach na temat „Dumy i uprzedzenia” Jane Austin, nie mogło zabraknąć i nie zabrakło klasycznego dla literatury romantycznej pojedynku dżentelmenów o honor własny lub cześć osobistej panienki. Tyle tylko, że o ile podobna nawalanka w wersji oryginalnej miała oprawę dość dramatyczną i  odbywała się przy użyciu szlachetnej broni białej lub inkrustowanych srebrem pistoletów, serwowanych  z pudełek wyściełanych aksamitem, o tyle w wydaniu współczesnych yuppies, facetów dobrze urodzonych, ale ze sportów walki uprawiających głównie jogging, przerodziła się w obłędną parodię. W obydwu panach zawrzała szlachetna krew przodków, uznali, że czas stawienia sobie czoła nadszedł, ale, niestety, zapomnieli, że o ile po pradziadach odziedziczyć można wykwintny zarys podbródka, to z umiejętnościami potykania się na ubitej ziemi jest już gorzej. Odstawili więc to, co dali radę – doskonałą walkę kogutów. Zaczęła się elegancko - Darcy z ogromną godnością i dość celnie ulokował na nosie Cleavera prawy prosty.  Daniel, po otrząśnięciu się z niemiłego zaskoczenia, natychmiast zapragnął krwawego odwetu, więc chybnął Markowi na plecy obalając go w uliczną kałużę. Potem obydwaj panowie, intuicyjnie  wyczuwając, że walka w zwarciu przerasta ich możliwości, przeszli do „półkontaktu” – podskakując w zwinnych unikach jak wróbelki, usiłowali  zedrzeć z przeciwnika markową marynarkę, jak najboleśniej kopnąć go w zadek lub chwytem za krawat powalić na glebę. W przebłyskach świadomości wracali na moment do swej naturalnej, uładzonej postaci. Lądując  wśród potraw konsumowanych przez klientów restauracji, do wnętrza której pojedynek nieoczekiwanie się przeniósł, uprzejmie przepraszali za kłopot, podawali serwetki, a nawet zaśpiewali chórem „Happy birthday” pechowemu jubilatowi. To heroiczne starcie biurowych tytanów jest dla mnie najatrakcyjniejszą sceną w filmie. Iskrzący się niebanalnym dowcipem scenariusz odniósł absolutne zwycięstwo nad największym felerem obrazu, jakim była rola Renée Zellweger. Natura wyposażyła tę aktorkę w powabną powierzchowność oraz jedną jedyną minę, przy pomocy której usiłowała zagrać całą rolę. Efekt osiągnęła dość kuriozalny – z szalonej i spontanicznej, a przy tym bystrej i doskonale sobie w życiu radzącej londyńskiej singielki,  zrobiła idiotkę rodem z dowcipów o blondynkach, o twarzy permanentnie ozdobionej tym samym grymasem zdezorientowania i pustki w głowie. Jakim cudem w takim gamoniu zagustowało aż dwóch atrakcyjnych facetów? I jakim cudem tak nieudolnie zagrana postać nie przeszkadza w ogólnie pozytywnym odbiorze filmu? Moim zdaniem, aby zepsuć równie dobry scenariusz, należałoby się dużo bardziej napracować, więc  jedna nietrafiona, choć główna rola skutecznie się ukryła w całej rewelacyjnej reszcie. Dlatego właśnie od kilkunastu lat co pewien czas, w noce bezsenne, przypominam sobie „Dziennik Bridget Jones”, który nadal, o dziwo, "daje radę".

Dobra noc: Borys Akunin - "Dekorator"

„Dekorator” wpadł mi w ręce jakoś dwa lata temu. Nazwisko Akunin nic mi nie mówiło (poza tym, że brzmieniowo skojarzyło mi się z Bakuninem), zaczęłam za nim guglać dopiero po lekturze kilkunastu pierwszych stron. Bo się zdumiałam! Niepomiernie się zdumiałam! Odniosłam nieodparte wrażenie, że czytam powieść dziewiętnastowieczną, napisaną w łatwo rozpoznawalnym stylu ówczesnej prozy rosyjskiej – leciutko sarkastycznym, z charakterystycznymi, grzecznościowymi zwrotami używanymi zarówno w narracji jak i w dialogach, elegancko wyważonym i unikającym ujawniania emocji nawet w scenach drastycznych. Co prawda od czasu do czasu pobrzmiewało mi w nim coś dziwnie współczesnego, ale złożyłam to na karb niedoskonałości tłumaczenia. (Błąd – jak się wkrótce okazało, bo znakomita Małgorzata Buchalik translacji „Dekoratora” dokonała po mistrzowsku). Gdy wujek Gugiel pouczył mnie, że „Akunin” nie jest nieznanym mi pseudonimem ani Dostojewskiego, ani Gogola, ani żadnego innego prozaika z czasów Rosji carskiej – lecz, owszem, pseudonimem, tyle że absolutnie współczesnego Grigorija Szałwowicza Czchartiszwilego, byłam, oględnie mówiąc, nieco zaskoczona.
„Dekorator” jest oryginalną odpowiedzią na częste utyskiwania czytelników, zarzucających autorom wtórność wątków i postaci, czyli, krótko mówiąc, marudzących: „Ale to już było! Pomysł zerżnięty od XY!”. Akunin dokonał czegoś kapitalnego: z premedytacją wziął wszystko „co już było”, by zrobić coś nowego. Powstała w ten sposób szarada powieściowa zbudowana z języka stylizowanego na dziewiętnastowieczny, atmosfery mglistych zaułków Londynu i błotnistych uliczek moskiewskich slamsów, wątku najsłynniejszego zbrodniarza wszechczasów oraz odrobiny Sherlocka Holmesa. Doskonała mikropowieść lub, jak kto woli – wypasione opowiadanie. Pozostałe części cyklu są równie warte zainteresowania – niektóre bardziej błyskotliwe i zaskakujące, inne mniej, żadna jednak nie schodzi poniżej poziomu dobrego.

Nocne koszmary: Krystyna Mirek - "Szczęście all inclusive"

Od czasu do czasu zmuszona jestem „zrobić” pociągiem trasę Kraków – Olsztyn. Gdyby nie starannie wyselekcjonowana zawartość mojego Kindle’a byłoby ciężko! Ostatnim razem biedaczek zasłabł jednak w nieodpowiednim momencie – nie miałam czasu nakarmić do syta jego baterii. Jęknęłam więc do przyjaciółki: „Pożycz coś do czytania na drogę. Oddam, gdy przyjadę.” W odpowiedzi wetknęła mi do torby jakieś dwa tomiki i dorzuciła: „Nie musisz oddawać! Naprawdę! Nie musisz!.” Ta uwaga powinna wzbudzić we mnie czujność, bo Aśka hołubi swoją bibliotekę i nie pozwala, aby jej się bez kontroli rozłaziła po ludziach, ale nie wzbudziła: cholernie się spieszyłam. W przedziale wyciągnęłam z podręcznego bagażu to coś, co na pozór wyglądało jak książki, a w rezultacie okazało się być dwoma kukułczymi jajami. Wielkimi, piegowatymi podrzutkami! Pierwsze wabiło się „Szczęście all inclusive”, drugie „Francuska opowieść”. Rany boskie! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam nieprzyjemność bliskiego kontaktu z takimi pierdołami! Gdyby nie nachalnie spragniony rozmowy współtowarzysz podróży, pewnie nie dobrnęłabym do końca, ale wolałam szeleścić kartkami, niż dyskutować o spiskach politycznych Polski i Unii. Czegóż to, moi państwo, nie było w tych nieszczęsnych femino-polo-harlequinach! Wszystko było! Była kopia Sandry Bullock i Ryana Reynoldsa, czyli wrednej i pięknej szefowej wydawnictwa oraz jej młodego asystenta, usidlonego w celach niegodnych („Narzeczony mimo woli” 2009 r.). Imiona bezczelnie przekalkowanych filmowych bohaterów, autorka była uprzejma wymienić – dla niepoznaki - na Oliwię i jakiegośtam, Jakuba chyba. Był niefortunny związek nieatrakcyjnej Beatki, przez lata, bez słowa sprzeciwu, utrzymującej młodego, przystojnego byczka. Oczywiście w odpowiednim momencie Beatka zmądrzała, a niedługo potem rozkwitła jako ta róża biała albo andersenowski łabądek i z pospolitej, niespełnionej geodetki, stała się urzekająco piękną pokojówką. Mało tego – Beatka wypiękniała nie tylko na ciele, ale i na duszy! Po kilku latach dzielenia łoża ze wspomnianym byczkiem, wróciła do stanu dziewictwa i aż do nocy poślubnej strzegła swej cudem odzyskanej cnoty, niczym żelazna przewodnicząca kółka różańcowego. Cóż jeszcze było w tych dwóch cudach literatury menstruacyjnej? No, oczywiście chamscy twardziele o duszach zbolałych i romantycznych, wredne suki o gołębich sercach i niespełnionych instynktach macierzyńskich, a nawet jeden hrabia się trafił, trochę schorowany, ale za to od lat młodzieńczych pielęgnujący w pamięci obraz utraconej miłości swego życia. Zamek też był, gaje oliwne i winnice były, utajona miłość spauperyzowanego potomka bogów greckich i rozpustnej choć nietkniętej dziewicy, która eksplodowała (miłość nie dziewica) z siłą wulkanu na Islandii, tego, który parę lat temu tak zasmarkał całą Europę pyłem, że trzeba było samolotami latać na piechotę. O reszcie bzdur, nieudolnych zapożyczeń, idiotyzmów i konstrukcji od czapy, nie warto pisać. Te dwie powieści (?) to kpina z inteligencji i dobrego smaku czytelników, romansidło, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Wisienkę na torcie znalazłam po powrocie do domu, porzuciwszy pierwej w pociągu obydwa „dzieła” i skonstatowawszy, dlaczegóż to moja znajoma (na pewien czas przestałam nazywać ją przyjaciółką), tak namiętnie odżegnywała się od możliwości oddania pożyczonych książek. Zaguglałm w poszukiwaniu informacji o autorce i cóż odkryłam?! Komediodramat z elementami horroru! Krystyna Mirek na portalu „Pasja pisania” rekomendowana jest jako ta prowadząca warsztaty dla adeptów pisarstwa, która „wprowadzi ich w tajniki warsztatu”! Jakiego, pytam się, warsztatu? Bo chyba nie tego, którym sama się posługuje. Rozumiem – każdy orze jak może, ale bez przesady.