Nie jestem widzem
ambitnym na tyle, aby oglądać wyłącznie filmy, które gwarantują zaliczenie tête
à tête ze sztuką wysoką. Szczerze mówiąc jestem dość prosta, a więc i
moje oczekiwania, co do produkcji następców Mélièsa (że tak polecę eufemizmem w
celu uniknięcia powtórzenia), są całkowicie trywialne: głównie szukam w
nich rozrywki i przyjemnych wrażeń estetycznych. Dobre zdjęcia, w miarę
niesztampowy scenariusz, profesjonalne aktorstwo (akurat ten warunek musi być
bezwzględnie spełniony), interesująca ścieżka muzyczna i jestem widzem
zadowolonym. Czasem bardziej, czasem mniej, ale jednak. Dziennik Bridges Jones
dość mnie usatysfakcjonował, bo scenariusz miał znakomity, reżyserię na
wysokim poziomie, bardzo dobrą obsadę i co najmniej jedną scenę, która, moim
zdaniem, powinna przejść do historii filmu. Mam na myśli „duel
zalotników” czyli przekomicznie nieudolne mordobicie w wykonaniu Marka
Darcy’ego i Daniela Cleavera. W „Brygidzie” – przekornych wariacjach na temat
„Dumy i uprzedzenia” Jane Austin, nie mogło zabraknąć i nie zabrakło
klasycznego dla literatury romantycznej pojedynku dżentelmenów o honor własny
lub cześć osobistej panienki. Tyle tylko, że o ile podobna nawalanka w wersji
oryginalnej miała oprawę dość dramatyczną i odbywała się przy użyciu
szlachetnej broni białej lub inkrustowanych srebrem pistoletów,
serwowanych z pudełek wyściełanych aksamitem, o tyle w wydaniu
współczesnych yuppies, facetów dobrze urodzonych, ale ze sportów walki
uprawiających głównie jogging, przerodziła się w obłędną parodię. W obydwu
panach zawrzała szlachetna krew przodków, uznali, że czas stawienia sobie czoła
nadszedł, ale, niestety, zapomnieli, że o ile po pradziadach odziedziczyć można
wykwintny zarys podbródka, to z umiejętnościami potykania się na ubitej ziemi
jest już gorzej. Odstawili więc to, co dali radę – doskonałą walkę kogutów.
Zaczęła się elegancko - Darcy z ogromną godnością i dość celnie ulokował na
nosie Cleavera prawy prosty. Daniel, po otrząśnięciu się z niemiłego
zaskoczenia, natychmiast zapragnął krwawego odwetu, więc chybnął Markowi na
plecy obalając go w uliczną kałużę. Potem obydwaj panowie, intuicyjnie
wyczuwając, że walka w zwarciu przerasta ich możliwości, przeszli do
„półkontaktu” – podskakując w zwinnych unikach jak wróbelki, usiłowali
zedrzeć z przeciwnika markową marynarkę, jak najboleśniej kopnąć go w zadek lub
chwytem za krawat powalić na glebę. W przebłyskach świadomości wracali na
moment do swej naturalnej, uładzonej postaci. Lądując wśród potraw
konsumowanych przez klientów restauracji, do wnętrza której pojedynek
nieoczekiwanie się przeniósł, uprzejmie przepraszali za kłopot, podawali
serwetki, a nawet zaśpiewali chórem „Happy birthday” pechowemu jubilatowi. To
heroiczne starcie biurowych tytanów jest dla mnie najatrakcyjniejszą sceną w
filmie. Iskrzący się niebanalnym dowcipem scenariusz odniósł absolutne
zwycięstwo nad największym felerem obrazu, jakim była rola Renée Zellweger.
Natura wyposażyła tę aktorkę w powabną powierzchowność oraz jedną jedyną minę,
przy pomocy której usiłowała zagrać całą rolę. Efekt osiągnęła dość kuriozalny
– z szalonej i spontanicznej, a przy tym bystrej i doskonale sobie w życiu
radzącej londyńskiej singielki, zrobiła idiotkę rodem z dowcipów o
blondynkach, o twarzy permanentnie ozdobionej tym samym grymasem
zdezorientowania i pustki w głowie. Jakim cudem w takim gamoniu zagustowało aż
dwóch atrakcyjnych facetów? I jakim cudem tak nieudolnie zagrana postać nie
przeszkadza w ogólnie pozytywnym odbiorze filmu? Moim zdaniem, aby zepsuć
równie dobry scenariusz, należałoby się dużo bardziej napracować, więc
jedna nietrafiona, choć główna rola skutecznie się ukryła w całej rewelacyjnej
reszcie. Dlatego właśnie od kilkunastu lat co pewien czas, w noce bezsenne,
przypominam sobie „Dziennik Bridget Jones”, który nadal, o dziwo, "daje
radę".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz