sobota, 7 maja 2016

Noc filmowych powtórek: "Dziennik Bridget Jones" (2001)


Nie jestem widzem ambitnym na tyle, aby oglądać wyłącznie filmy, które gwarantują zaliczenie tête à tête ze sztuką wysoką. Szczerze mówiąc jestem dość prosta, a więc i  moje oczekiwania, co do produkcji następców Mélièsa (że tak polecę eufemizmem w celu uniknięcia powtórzenia),  są całkowicie trywialne: głównie szukam w nich rozrywki i przyjemnych wrażeń estetycznych.  Dobre zdjęcia, w miarę niesztampowy scenariusz, profesjonalne aktorstwo (akurat ten warunek musi być bezwzględnie spełniony), interesująca ścieżka muzyczna i jestem widzem zadowolonym. Czasem bardziej, czasem mniej, ale jednak. Dziennik Bridges Jones dość mnie usatysfakcjonował, bo scenariusz miał znakomity,  reżyserię na wysokim poziomie, bardzo dobrą obsadę i co najmniej jedną scenę, która, moim zdaniem, powinna przejść do historii filmu. Mam na myśli „duel  zalotników” czyli przekomicznie nieudolne mordobicie w wykonaniu Marka Darcy’ego i Daniela Cleavera. W „Brygidzie” – przekornych wariacjach na temat „Dumy i uprzedzenia” Jane Austin, nie mogło zabraknąć i nie zabrakło klasycznego dla literatury romantycznej pojedynku dżentelmenów o honor własny lub cześć osobistej panienki. Tyle tylko, że o ile podobna nawalanka w wersji oryginalnej miała oprawę dość dramatyczną i  odbywała się przy użyciu szlachetnej broni białej lub inkrustowanych srebrem pistoletów, serwowanych  z pudełek wyściełanych aksamitem, o tyle w wydaniu współczesnych yuppies, facetów dobrze urodzonych, ale ze sportów walki uprawiających głównie jogging, przerodziła się w obłędną parodię. W obydwu panach zawrzała szlachetna krew przodków, uznali, że czas stawienia sobie czoła nadszedł, ale, niestety, zapomnieli, że o ile po pradziadach odziedziczyć można wykwintny zarys podbródka, to z umiejętnościami potykania się na ubitej ziemi jest już gorzej. Odstawili więc to, co dali radę – doskonałą walkę kogutów. Zaczęła się elegancko - Darcy z ogromną godnością i dość celnie ulokował na nosie Cleavera prawy prosty.  Daniel, po otrząśnięciu się z niemiłego zaskoczenia, natychmiast zapragnął krwawego odwetu, więc chybnął Markowi na plecy obalając go w uliczną kałużę. Potem obydwaj panowie, intuicyjnie  wyczuwając, że walka w zwarciu przerasta ich możliwości, przeszli do „półkontaktu” – podskakując w zwinnych unikach jak wróbelki, usiłowali  zedrzeć z przeciwnika markową marynarkę, jak najboleśniej kopnąć go w zadek lub chwytem za krawat powalić na glebę. W przebłyskach świadomości wracali na moment do swej naturalnej, uładzonej postaci. Lądując  wśród potraw konsumowanych przez klientów restauracji, do wnętrza której pojedynek nieoczekiwanie się przeniósł, uprzejmie przepraszali za kłopot, podawali serwetki, a nawet zaśpiewali chórem „Happy birthday” pechowemu jubilatowi. To heroiczne starcie biurowych tytanów jest dla mnie najatrakcyjniejszą sceną w filmie. Iskrzący się niebanalnym dowcipem scenariusz odniósł absolutne zwycięstwo nad największym felerem obrazu, jakim była rola Renée Zellweger. Natura wyposażyła tę aktorkę w powabną powierzchowność oraz jedną jedyną minę, przy pomocy której usiłowała zagrać całą rolę. Efekt osiągnęła dość kuriozalny – z szalonej i spontanicznej, a przy tym bystrej i doskonale sobie w życiu radzącej londyńskiej singielki,  zrobiła idiotkę rodem z dowcipów o blondynkach, o twarzy permanentnie ozdobionej tym samym grymasem zdezorientowania i pustki w głowie. Jakim cudem w takim gamoniu zagustowało aż dwóch atrakcyjnych facetów? I jakim cudem tak nieudolnie zagrana postać nie przeszkadza w ogólnie pozytywnym odbiorze filmu? Moim zdaniem, aby zepsuć równie dobry scenariusz, należałoby się dużo bardziej napracować, więc  jedna nietrafiona, choć główna rola skutecznie się ukryła w całej rewelacyjnej reszcie. Dlatego właśnie od kilkunastu lat co pewien czas, w noce bezsenne, przypominam sobie „Dziennik Bridget Jones”, który nadal, o dziwo, "daje radę".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz