sobota, 7 maja 2016

Nocne koszmary: Krystyna Mirek - "Szczęście all inclusive"

Od czasu do czasu zmuszona jestem „zrobić” pociągiem trasę Kraków – Olsztyn. Gdyby nie starannie wyselekcjonowana zawartość mojego Kindle’a byłoby ciężko! Ostatnim razem biedaczek zasłabł jednak w nieodpowiednim momencie – nie miałam czasu nakarmić do syta jego baterii. Jęknęłam więc do przyjaciółki: „Pożycz coś do czytania na drogę. Oddam, gdy przyjadę.” W odpowiedzi wetknęła mi do torby jakieś dwa tomiki i dorzuciła: „Nie musisz oddawać! Naprawdę! Nie musisz!.” Ta uwaga powinna wzbudzić we mnie czujność, bo Aśka hołubi swoją bibliotekę i nie pozwala, aby jej się bez kontroli rozłaziła po ludziach, ale nie wzbudziła: cholernie się spieszyłam. W przedziale wyciągnęłam z podręcznego bagażu to coś, co na pozór wyglądało jak książki, a w rezultacie okazało się być dwoma kukułczymi jajami. Wielkimi, piegowatymi podrzutkami! Pierwsze wabiło się „Szczęście all inclusive”, drugie „Francuska opowieść”. Rany boskie! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam nieprzyjemność bliskiego kontaktu z takimi pierdołami! Gdyby nie nachalnie spragniony rozmowy współtowarzysz podróży, pewnie nie dobrnęłabym do końca, ale wolałam szeleścić kartkami, niż dyskutować o spiskach politycznych Polski i Unii. Czegóż to, moi państwo, nie było w tych nieszczęsnych femino-polo-harlequinach! Wszystko było! Była kopia Sandry Bullock i Ryana Reynoldsa, czyli wrednej i pięknej szefowej wydawnictwa oraz jej młodego asystenta, usidlonego w celach niegodnych („Narzeczony mimo woli” 2009 r.). Imiona bezczelnie przekalkowanych filmowych bohaterów, autorka była uprzejma wymienić – dla niepoznaki - na Oliwię i jakiegośtam, Jakuba chyba. Był niefortunny związek nieatrakcyjnej Beatki, przez lata, bez słowa sprzeciwu, utrzymującej młodego, przystojnego byczka. Oczywiście w odpowiednim momencie Beatka zmądrzała, a niedługo potem rozkwitła jako ta róża biała albo andersenowski łabądek i z pospolitej, niespełnionej geodetki, stała się urzekająco piękną pokojówką. Mało tego – Beatka wypiękniała nie tylko na ciele, ale i na duszy! Po kilku latach dzielenia łoża ze wspomnianym byczkiem, wróciła do stanu dziewictwa i aż do nocy poślubnej strzegła swej cudem odzyskanej cnoty, niczym żelazna przewodnicząca kółka różańcowego. Cóż jeszcze było w tych dwóch cudach literatury menstruacyjnej? No, oczywiście chamscy twardziele o duszach zbolałych i romantycznych, wredne suki o gołębich sercach i niespełnionych instynktach macierzyńskich, a nawet jeden hrabia się trafił, trochę schorowany, ale za to od lat młodzieńczych pielęgnujący w pamięci obraz utraconej miłości swego życia. Zamek też był, gaje oliwne i winnice były, utajona miłość spauperyzowanego potomka bogów greckich i rozpustnej choć nietkniętej dziewicy, która eksplodowała (miłość nie dziewica) z siłą wulkanu na Islandii, tego, który parę lat temu tak zasmarkał całą Europę pyłem, że trzeba było samolotami latać na piechotę. O reszcie bzdur, nieudolnych zapożyczeń, idiotyzmów i konstrukcji od czapy, nie warto pisać. Te dwie powieści (?) to kpina z inteligencji i dobrego smaku czytelników, romansidło, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Wisienkę na torcie znalazłam po powrocie do domu, porzuciwszy pierwej w pociągu obydwa „dzieła” i skonstatowawszy, dlaczegóż to moja znajoma (na pewien czas przestałam nazywać ją przyjaciółką), tak namiętnie odżegnywała się od możliwości oddania pożyczonych książek. Zaguglałm w poszukiwaniu informacji o autorce i cóż odkryłam?! Komediodramat z elementami horroru! Krystyna Mirek na portalu „Pasja pisania” rekomendowana jest jako ta prowadząca warsztaty dla adeptów pisarstwa, która „wprowadzi ich w tajniki warsztatu”! Jakiego, pytam się, warsztatu? Bo chyba nie tego, którym sama się posługuje. Rozumiem – każdy orze jak może, ale bez przesady.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz