Od czasu do czasu zmuszona jestem
„zrobić” pociągiem trasę Kraków – Olsztyn. Gdyby nie starannie wyselekcjonowana
zawartość mojego Kindle’a byłoby ciężko! Ostatnim razem biedaczek zasłabł
jednak w nieodpowiednim momencie – nie miałam czasu nakarmić do syta jego
baterii. Jęknęłam więc do przyjaciółki: „Pożycz coś do czytania na drogę.
Oddam, gdy przyjadę.” W odpowiedzi wetknęła mi do torby jakieś dwa tomiki i
dorzuciła: „Nie musisz oddawać! Naprawdę! Nie musisz!.” Ta uwaga powinna
wzbudzić we mnie czujność, bo Aśka hołubi swoją bibliotekę i nie pozwala, aby
jej się bez kontroli rozłaziła po ludziach, ale nie wzbudziła: cholernie się
spieszyłam. W przedziale wyciągnęłam z podręcznego bagażu to coś, co na pozór
wyglądało jak książki, a w rezultacie okazało się być dwoma kukułczymi jajami.
Wielkimi, piegowatymi podrzutkami! Pierwsze wabiło się „Szczęście all
inclusive”, drugie „Francuska opowieść”. Rany boskie! Nie pamiętam, kiedy
ostatni raz miałam nieprzyjemność bliskiego kontaktu z takimi pierdołami! Gdyby
nie nachalnie spragniony rozmowy współtowarzysz podróży, pewnie nie dobrnęłabym
do końca, ale wolałam szeleścić kartkami, niż dyskutować o spiskach
politycznych Polski i Unii. Czegóż to, moi państwo, nie było w tych
nieszczęsnych femino-polo-harlequinach! Wszystko było! Była kopia Sandry
Bullock i Ryana Reynoldsa, czyli wrednej i pięknej szefowej wydawnictwa oraz
jej młodego asystenta, usidlonego w celach niegodnych („Narzeczony mimo woli”
2009 r.). Imiona bezczelnie przekalkowanych filmowych bohaterów, autorka była
uprzejma wymienić – dla niepoznaki - na Oliwię i jakiegośtam, Jakuba chyba. Był
niefortunny związek nieatrakcyjnej Beatki, przez lata, bez słowa sprzeciwu,
utrzymującej młodego, przystojnego byczka. Oczywiście w odpowiednim momencie
Beatka zmądrzała, a niedługo potem rozkwitła jako ta róża biała albo
andersenowski łabądek i z pospolitej, niespełnionej geodetki, stała się
urzekająco piękną pokojówką. Mało tego – Beatka wypiękniała nie tylko na ciele,
ale i na duszy! Po kilku latach dzielenia łoża ze wspomnianym byczkiem, wróciła
do stanu dziewictwa i aż do nocy poślubnej strzegła swej cudem odzyskanej
cnoty, niczym żelazna przewodnicząca kółka różańcowego. Cóż jeszcze było w tych
dwóch cudach literatury menstruacyjnej? No, oczywiście chamscy twardziele o
duszach zbolałych i romantycznych, wredne suki o gołębich sercach i
niespełnionych instynktach macierzyńskich, a nawet jeden hrabia się trafił,
trochę schorowany, ale za to od lat młodzieńczych pielęgnujący w pamięci obraz
utraconej miłości swego życia. Zamek też był, gaje oliwne i winnice były,
utajona miłość spauperyzowanego potomka bogów greckich i rozpustnej choć
nietkniętej dziewicy, która eksplodowała (miłość nie dziewica) z siłą wulkanu
na Islandii, tego, który parę lat temu tak zasmarkał całą Europę pyłem, że
trzeba było samolotami latać na piechotę. O reszcie bzdur, nieudolnych
zapożyczeń, idiotyzmów i konstrukcji od czapy, nie warto pisać. Te dwie
powieści (?) to kpina z inteligencji i dobrego smaku czytelników, romansidło,
które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Wisienkę na torcie znalazłam
po powrocie do domu, porzuciwszy pierwej w pociągu obydwa „dzieła” i
skonstatowawszy, dlaczegóż to moja znajoma (na pewien czas przestałam nazywać
ją przyjaciółką), tak namiętnie odżegnywała się od możliwości oddania
pożyczonych książek. Zaguglałm w poszukiwaniu informacji o autorce i cóż
odkryłam?! Komediodramat z elementami horroru! Krystyna Mirek na portalu „Pasja
pisania” rekomendowana jest jako ta prowadząca warsztaty dla adeptów pisarstwa,
która „wprowadzi ich w tajniki warsztatu”! Jakiego, pytam się, warsztatu? Bo
chyba nie tego, którym sama się posługuje. Rozumiem – każdy orze jak może, ale
bez przesady.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz