„Dekorator” wpadł mi w ręce jakoś dwa lata temu.
Nazwisko Akunin nic mi nie mówiło (poza tym, że brzmieniowo skojarzyło mi się z
Bakuninem), zaczęłam za nim guglać dopiero po lekturze kilkunastu pierwszych
stron. Bo się zdumiałam! Niepomiernie się zdumiałam! Odniosłam nieodparte
wrażenie, że czytam powieść dziewiętnastowieczną, napisaną w łatwo
rozpoznawalnym stylu ówczesnej prozy rosyjskiej – leciutko sarkastycznym, z
charakterystycznymi, grzecznościowymi zwrotami używanymi zarówno w narracji jak
i w dialogach, elegancko wyważonym i unikającym ujawniania emocji nawet w
scenach drastycznych. Co prawda od czasu do czasu pobrzmiewało mi w nim coś
dziwnie współczesnego, ale złożyłam to na karb niedoskonałości tłumaczenia.
(Błąd – jak się wkrótce okazało, bo znakomita Małgorzata Buchalik translacji
„Dekoratora” dokonała po mistrzowsku). Gdy wujek Gugiel pouczył mnie, że
„Akunin” nie jest nieznanym mi pseudonimem ani Dostojewskiego, ani Gogola, ani
żadnego innego prozaika z czasów Rosji carskiej – lecz, owszem, pseudonimem,
tyle że absolutnie współczesnego Grigorija Szałwowicza Czchartiszwilego, byłam,
oględnie mówiąc, nieco zaskoczona.
„Dekorator” jest oryginalną odpowiedzią na częste
utyskiwania czytelników, zarzucających autorom wtórność wątków i postaci, czyli,
krótko mówiąc, marudzących: „Ale to już było! Pomysł zerżnięty od XY!”. Akunin
dokonał czegoś kapitalnego: z premedytacją wziął wszystko „co już było”, by
zrobić coś nowego. Powstała w ten sposób szarada powieściowa zbudowana z języka
stylizowanego na dziewiętnastowieczny, atmosfery mglistych zaułków Londynu i
błotnistych uliczek moskiewskich slamsów, wątku najsłynniejszego zbrodniarza
wszechczasów oraz odrobiny Sherlocka Holmesa. Doskonała mikropowieść lub, jak
kto woli – wypasione opowiadanie. Pozostałe części cyklu są równie warte
zainteresowania – niektóre bardziej błyskotliwe i zaskakujące, inne mniej,
żadna jednak nie schodzi poniżej poziomu dobrego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz