czwartek, 30 czerwca 2016

Noc z "Sherlockiem Holmesem: Gra cieni"

Jedynka podobała mi się. Zastąpienie klasycznego Holmesa-sztywniaka w pelerynie i zmutowanej dżokejce, Holmesem – awanturnikiem i rozrabiaką, było bajeranckim pomysłem. Zupełnie świeże spojrzenie na, klasyczną już w tej chwili, postać detektywa, zostało przez twórców filmu starannie wyważone. Ritchie wyeksponował te cechy i umiejętności Holmesa, które u Doyle’a zostały w tekście zaledwie wspomniane, a sam bohater nigdy ich w akcji bezpośrednio nie zademonstrował. O tym, że był znakomitym bokserem, znawcą wschodnich sztuk walki, albo że miał szerokie „koneksje” i poważanie w londyńskim półświatku, dowiadujemy się wyłącznie za pośrednictwem Watsona. W „Sherlocku Holmesie” nie przekroczono cienkiej linii dzielącej twórcze wykorzystanie literackiego pierwowzoru od, niesłychanie mnie irytującej, mody na ersatz, polegającej na „pożyczeniu” imienia słynnej filmowej lub literackiej postaci , a następnie upichceniu z niej bigosu - nowych przygód bohaterów np. „Przeminęło z wiatrem” albo choćby tego biednego Kubusia Puchatka. W „jedynce” Holmes pozostał Holmesem – geniuszem dedukcji, ryzykantem nieustannie żądnym nowych wrażeń, gościem, dla którego bezczynność równa się śmierci, a błogi spokój -  nerwicy. Szaleje więc po mieście, popisuje siłą umysłu i mięśni, lecz robi to w precyzyjnie przemyślanych przez scenarzystę granicach, gwarantujących miłośnikom prozy Doyle’a rozpoznanie tożsamości bohatera nie tylko na zasadzie zbieżności nazwisk. I do tego spora, ale proporcjonalna doza humoru! Było fajnie! Na „Grę cieni” czekałam więc z apetytem, mając nadzieję, że na obiad zostanie podane coś równie smakowitego, jak wcześniejsza przystawka. I gucio. Delikatnie mówiąc. A mówiąc szczerze, już po kilkunastu minutach odniosłam niemiłe wrażenie, że chyba nawiedza mnie niestrawność. Pozostając w konwencji kulinarnej – potrawę przygotował ten sam zdolny kucharz, ale eksperymentowanie z przyprawami mu nie wyszło. Usiłowania reżysera – scenarzysty - aktorów, aby w bez mała każdej scenie i każdej kwestii przemycić dowcipek, gag albo inną formę humoru z lekka mnie rozjuszył – nie cierpię być rozśmieszana na siłę. Scena walki z Tatarzynem (?) w futrzanej mycce, która trzymała się jego łba niczym przyklejona superglue, pomimo, że fikał koziołki i skakał po meblach jak gibbon, zdumiała mnie, nie rozbawiła, a Downey junior hasający w damskiej kiecce i makijażu podrzędnej szansonistki - próba zaserwowania humoru z czasów wczesnego de Funesa -  zażenowała rozpaczliwym mruganiem oczkiem reżysera do widza: "Dobrze się bawicie? A widzicie, jakie sobie jaja robię z dziadzia Sherlocka?". W wykonaniu Dustina Hofmana („Tootsie”) albo jeszcze lepiej naszego genialnego Wojciecha Pokory („Poszukiwany, poszukiwana”) taki misz-masz był cudny, ale jako dowód słynnych umiejętności charakteryzatorskich Holmesa, okazał się do kitu. Brakowało tylko tortu na gębie Watsona, żeby wyszła slapstickowa komedia Buster Keatona. Odniosłam wrażenie, że Richtie za długo bawił w Hollywood i nadmiernie nasiąknął amerykańskim stylem bawienia odbiorcy, typu: heros, o nerwach jak postronki, rzuca dowcipem w chwili, gdy waży się jego życie, spada z dziesiątego piętra poprawiając w czasie lotu krawat, zatyka sobie rozerwaną aortę skarpetką i nonszalancko zapala papierosa. Jedynka była filmem kryminalno-sensacyjnym z elementami komedii, dwójka - kiepską komedią z elementami filmu sensacyjnego, zaprawioną mordobiciem rodem z komiksu o Żółwiach Ninja. Nie oceniam filmu, bo to, że okazał się nie być w „moim typie” nie oznacza, że jest kiepski, a jedynie, że mi nie leży. Bardzo nie leży. Zdarza się.



Noc koszmarnych reminiscencji


Macie w sekretnym CV wydarzenia fantastycznie absurdalne, które chcielibyście wykasować z pamięci? Ja mam, nawet w sporym nadmiarze. Ostatniej zimy zaliczyłam kolejne, może nie najbardziej kompromitujące, ale na pewno okrutnie stresujące. Tak mi się przypomniało...
Zimy długo latoś nie było, więc dnia pewnego zostawiłam samochód przed garażem, żeby rano zyskać dodatkowe sześć minut snu. W nocy nieoczekiwanie nastąpiło zlodowacenie wtórne, więc o 6.50, zamiast bryki, ujrzałam kopkę śniegu oblanego zamarzniętą politurą. Czysta złośliwość losu! Wejście do środka, włączenie ogrzewania i wydobycie skrobaczki okazało się utopią, więc przy pomocy nieaktualnej karty bankomatowej wydłubałam nieduży wizjer na szybie przed kierowcą, a potem plastikową szufelką zaczęłam podważać brzeg drzwi w nadziei, że może się jednak odkleją od uszczelki. Nie odkleiły się, za to w drzazgi poszła i szufelka i dwa z moich świeżo zrobionych paznokci. Spocona i wściekła, ale nadal pełna ducha walki, wróciłam do domu po przedłużacz oraz suszarkę do włosów — urządzenie wielce przydatne, jeśli chodzi o odmrażanie samochodu. Prawie godzinę zajęło mi szukanie rzeczonego przedłużacza, który oczywiście nie leżał tam, gdzie powinien, powtórne ablucje i poprawianie rozbabranego makijażu. Kiedy wylazłam z domu, wyposażona w sprzęt marki Remington 2000W z dyfuzorem i cudem znaleziony w piwnicy kręciołek z kablem, okazało się, że z podziemia na świat boży wypełzła odwilż i wszystko co białe, samoczynnie zaczęło zjeżdżać z karoserii! No, ludzie kochani, myślałam, że mnie ciężki szlag trafi! Po kiego się było wykazywać twórczym myśleniem, paznokcie przy tym tracąc, skoro wystarczyło poczekać!
Porzuciłam zbędne mi już AGD, odpaliłam gablotę i ruszyłam co tchu na niezwykle oficjalne, niezwykle pilne i niezwykle służbowe spotkanie. Oczywiście ubrana byłam niezwykle starannie, niezwykle pięknie (no, powiedzmy) i niezwykle służbowo. Tak mi się w każdym razie wydawało, dopóki, po dotarciu do celu, wysiadając, nie wystawiłam z samochodu nóg. Rajstopy były spoko – świeżutki zakup z nowej kolekcji Gatty, ale, cholera jasna, im niżej, tym gorzej! Ze zgrozą i niedowierzaniem gapiłam się na własne końcówki, obute w wiekuiste, obtłuczone glany, z noskami zjechanymi do goła i strzępkami sznurowadeł, których używam (glanów, rzecz jasna, nie sznurowadeł) wyprowadzając psa na bezdroża lub wykonując prace ciężkie! W amoku odmrażania kompletnie wyszło mi z głowy, że przed wyjazdem bezwzględnie powinnam była wdziać mniej sfatygowane buciory...
Po kilkugodzinnej naradzie, którą przesiedziałam z odnóżami splecionymi w precelek i starannie wepchniętymi pod krzesło, wraz z kilkoma normalnie ubranymi osobami, poszłam na kawę. Od rana była ona już trzecią, więc naturalną koleją rzeczy zapragnęłam odwiedzić toaletę. Czyściutką, pachnącą i klaustrofobicznie maciupeńką! A ja właśnie, amatorsko, cierpię na klaustrofobię. Taką szczególną — wybiórczą! Absolutnie zawsze, korzystając z publicznych przybytków, skupiam się nie na celu, w jakim do nich przybywam, lecz obmyślaniu metod ewakuacji w przypadku, gdyby drzwi nieodwracalnie się zatrzasnęły. Z przyzwyczajenia i tym razem zaczęłam analizować wnętrze. Skonstatowałam (nie po raz pierwszy zresztą, bo w kawiarni tej bywam często), że oprócz drzwi, ustronne to miejsce nie posiada wyjść alternatywnych. Okien zero, ściany solidnie wymurowane aż po sufit, a kratka ściekowa tak mikroskopijna, że i bohaterskie przeczołganie się kanałami odpada! Były to jednak spostrzeżenia rutynowe, więc odfajkowując je, zrealizowałam jednocześnie wiadomo co, „skompletowałam wygląd” i obróciłam pokrętełko zamka. Potem obróciłam raz jeszcze i jeszcze raz, i kolejny! Obracać, owszem, obracało się jak diabli, ale zasuwka ani drgnęła! Po raz drugi tego dnia poczułam, jak oblewa mnie zimny pot desperacji. Kłapnęłam z całej mocy klamką, licząc, że coś to pomoże, bo cuda ponoć się zdarzają. Może i prawda, ale niestety, tym razem okazała się być ona bez pokrycia. Najczarniejszy z czarnych scenariuszy, opowiadający o powolnej, samotnej, upokarzającej śmierci w publicznej toalecie, stawał się ciałem! Zatrzasnęłam się na amen! Co robić? Krzyczeć? Ale co krzyczeć? Pali się? Złodzieje? Na pomoc? Help me? Otwórzcie, kurwa, te drzwi? Nie mogąc się zdecydować ani na zdanie, ani na jego równoważnik, postanowiłam pukać. Najpierw metodą standardową, ale szybko zaczęły mnie boleć kostki palców, toteż trachnęłam parę razy w dechy samochodowym pilotem, szczęśliwie znalezionym w kieszeni. Przypomniałam sobie jednak, ile zapłaciłam za jego wymianę po katastrofie, której niegdyś uległ, więc zastąpiłam go zapalniczką. Zwiększyłam także częstotliwość uderzeń. I nic! No żesz w mordę! Wszyscy goście tudzież personel są głusi, czy mają pęcherze pojemniejsze od mojego? Nikt nie słyszy mojego S.O.S.? Nikt nie potrzebuje zrobić siusiu? Paniczna cholera mną zatrzęsła, więc gratulując sobie w duchu, że zapomniałam rano zmienić obuwie na subtelniejsze, pociągnęłam z glana w dolną część drzwi. Łomot jaki się rozległ, zerwałby na nogi nawet siedmiu braci śpiących, więc podziałał i na ułomny zmysł słuchu kelnerki. Wparowała do części „umywalkowej” toalety, zadała mi idiotyczne pytanie: „Zatrzasnęła się pani?”, po czym natychmiast gdzieściś wyparowała. Po chwili wróciła, prowadząc ze sobą czterech (!), jak się później okazało, gości, którzy w nadziei zdobycia unikalnej sprawności rycerza ratującego księżniczkę z zamkniętej wieży, porzucili filiżanki kawy „Muu” i wyposażeni w jeden nóż stołowy, przybyli, aby wspólnymi siłami przekręcić od zewnątrz zamykadełko. Zanim przystąpili do tego wiekopomnego dzieła, jeden z nich – Rycerz Ani Chybi Jajogłowy – zapytał mnie, czy aby na pewno mają otworzyć te nieszczęsne wrota! Bardzo to przezorne, że się upewnił. Bardzo! Ostatecznie jako Jajogłowy miał prawo podejrzewać, że nadal wiszę nad klopem w pozycji jednoznacznej, na wabia grzmocę w drzwi z buta, a w rzeczywistości nieprzystojnie dybię na ich skromność, honor i śluby czystości! Phhh! Mimo wszystko, gdy już przestałam czuć się zapuszkowana i odzyskałam podstawowe zasoby stabilności emocjonalnej, udało mi się wycedzić w kierunku mojego bohatera zwięzłe „Dziękuję” i omieść go wyniosłym spojrzeniem. Wolność, to piękna sprawa, więc warta jest pewnych ofiar!

sobota, 25 czerwca 2016

Noc pomyłek: "W zapomnieniu" - Agnieszka Lingas-Łoniewska


Chciałabym wiedzieć, dla jakiego kręgu odbiorców pani Lingas-Łoniewska przeznaczyła powieść "W zapomnieniu"? Ze stylu języka (z grzeczności nie użyję określenia - „siermiężnego”), sposobu obrazowania, tudzież metody budowania postaci i konstruowania fabuły, można wnosić, że chyba dla pożeraczy telenowel, którym światło plazmowych ekranów znieczuliło percepcję i spacyfikowało szare komórki.

„Musiał użyć całej swojej siły woli, aby nie złapać jej w mocne objęcia i nie wpić się w jej wargi, które wyraźnie tego właśnie oczekiwały.”

„Ona przywarła do jego klatki piersiowej i wdychała świeży zapach jego perfum pomieszany z męskim piżmowym aromatem.”

„Popatrzyła na jego szerokie plecy, teraz lekko zgarbione, i podeszła bliżej, walcząc z chęcią pogłaskania go po dłuższych brązowych włosach. Wreszcie po chwili pokonana uniosła dłoń i zrobiła to, z czym nie mogła i nie chciała walczyć, po czym spytała cicho:(...)”

„Ale gdy spojrzał w jej prawie granatowe oczy, wiedział, że zrobi wszystko, o co go poprosi.
- Pytaj - odparł, jednocześnie zamykając jej drobną dłoń w swojej dużej, ciepłej ręce.
Spojrzała na swoją dłoń, całkowicie ukrytą w jego, podniosła na niego wzrok i powiedziała:(...)”

Język gimnazjalistki nocami klepiącej na kompie pierwszą w życiu powieść tragiczno-erotyczną. Powtórzenia. Drewniane dialogi. Melodramatyczne pojękiwania narratora. Przecież czegoś takiego na trzeźwo czytać się nie da! Odpadłam po kilku pierwszych rozdziałach, zniesmaczona właściwie wszystkim: Tym, że znowu natknęłam się na czytadło będące smutnym dowodem, że „pisać każdy może”. Tym, że ta „produkcja”, choć nosi inny tytuł, rozgrywa się w innej przestrzeni, a bohaterowie noszą inne imiona jest identyczna, jak koszmarek, który tak mnie zbulgotał, że założyłam konto na Lubię Czytać, aby dać wyraz swej frustracji. (I dałam – w mojej pierwszej, zamieszczonej tam opinii.) Tym, że zarówno p. Łoniewska, jak i ta druga pani, której nazwisko wyresetowałam z pamięci (Wpis: Nocne koszmary), w żenujący sposób grają wszelkimi dostępnymi, marnymi kalkami. Zgroza i desperacja. Niewykluczone, że pani, dwojga nazwisk, Lingas-Łoniewska, mogąca się pochlubić kilkunastoma wydanymi pozycjami, rozwinęła skrzydła i naostrzyła pióro, ale ja, niestety, nie odważę się już tego sprawdzić.
Po „W zapomnieniu” sięgnęłam, bo przeczytałam bardzo pochlebną opinię o autorce, napisaną przez jednego z użytkowników portalu Lubię Czytać, którego wpisy uważam (podobnie jak dziesiątki innych bywalców LCz) za interesujące i wartościowe. Dlaczego mi Pan, Panie Wojciechu G., to zrobił?