sobota, 7 maja 2016

Noc bezsenna: Jane Austen

Anglicy mieli swoją Jane Austen, my… no, my nie mieliśmy, niestety. Owszem, mniej więcej w tym samym okresie tworzyła np. Maria Wirtemberska, córka Izabeli Czartoryskiej, ale jej najsłynniejsza powieść „Malwina czyli domyślność serca” prawie mnie zabiła, gdy w ramach lektury obowiązkowej, zmuszona byłam kiedyś „spożyć” jej treść. Pożar, bohaterski ratunek, piękny młodzieniec wabiący się Ludomir, równie piękna arystokratka Malwina, w czternastej wiośnie życia zaobrączkowana przez niekochanego, podstarzałego hulakę (który, na szczęście, w odpowiednim momencie był uprzejmy zginąć na polowaniu), miłość, niewierność, kłody pod nogi, cudowne zrządzenia losu, nieoczekiwane spotkania, dwa serca złączone, klucz wrzucony w kanalizację przeciwdeszczową. Matko jedyna! Zagłada! Ergo: lektury, które do szału uniesień i potoków łez doprowadziłyby Marianne Dashwood z „Rozważnej i romantycznej”, można w polskiej literaturze namierzyć, ale niestety pisarki na miarę Jane – błyskotliwej, krytycznej i niekonwencjonalnej, próżno w polskim romantyzmie szukać. Przy powieściach Austen nie oniemiałam z zachwytu, szczególnie, że nie wszystkie miały szczęście do dobrych tłumaczy, ale przeczytałam je bez przymusu i ze sporą przyjemnością. Za to ekranizacje jej twórczości uwielbiam i to z powodu całkowicie banalnego: są po prostu piękne. W takim najprostszym sensie: piękne są zdjęcia, sielankowe plenery i fortepianowa, romantyczna muzyka, piękni ludzie pokazani są w pięknych wnętrzach, a nieskomplikowane historie pięknie się kończą. Gdy mam paskudny dzień lub jeszcze gorszą noc, „na zaśnięcie” oglądam „Dumę i uprzedzenie”, tę bez wątpienia najlepszą, pięcioodcinkową wersję z 1995 roku. I, głupia sprawa, największą przyjemność sprawia mi podziwianie czołówki z fantastycznie kojącym, muzycznym motywem w tle. Wzorzysta materia ozdabiana przez kogoś maleńkimi perełkami, pożółkłe koronki, riuszki i guziczki obciągane pastelową nicią, połysk wyblakłego jedwabiu – nostalgiczne wspomnienie nieistniejącego już świata sprawia, że odzyskuję spokój i jest mi zwyczajnie dobrze – pełen relaks. Jestem zadowolona, że ten film przenosi mnie w świat płaski,  jednoznacznie pozytywny,  spokojny niczym pejzaże Constable'a, starannie wyprany z wszelkich dramatycznych problemów egzystencjalnych - bez głodnych, chłopskich dzieci, zaharowanych matek, nędznych chat, śmierci i nieszczęść. Pozwala mi odetchnąć i podładować baterie, może i sztuczną, ale dobrą energią. Łatwiej mi następnego dnia zachować pogodę ducha, gdy codzienność zaczyna straszyć swoją zwykłą gębą.

Noc filmowych powtórek: "Dziennik Bridget Jones" (2001)


Nie jestem widzem ambitnym na tyle, aby oglądać wyłącznie filmy, które gwarantują zaliczenie tête à tête ze sztuką wysoką. Szczerze mówiąc jestem dość prosta, a więc i  moje oczekiwania, co do produkcji następców Mélièsa (że tak polecę eufemizmem w celu uniknięcia powtórzenia),  są całkowicie trywialne: głównie szukam w nich rozrywki i przyjemnych wrażeń estetycznych.  Dobre zdjęcia, w miarę niesztampowy scenariusz, profesjonalne aktorstwo (akurat ten warunek musi być bezwzględnie spełniony), interesująca ścieżka muzyczna i jestem widzem zadowolonym. Czasem bardziej, czasem mniej, ale jednak. Dziennik Bridges Jones dość mnie usatysfakcjonował, bo scenariusz miał znakomity,  reżyserię na wysokim poziomie, bardzo dobrą obsadę i co najmniej jedną scenę, która, moim zdaniem, powinna przejść do historii filmu. Mam na myśli „duel  zalotników” czyli przekomicznie nieudolne mordobicie w wykonaniu Marka Darcy’ego i Daniela Cleavera. W „Brygidzie” – przekornych wariacjach na temat „Dumy i uprzedzenia” Jane Austin, nie mogło zabraknąć i nie zabrakło klasycznego dla literatury romantycznej pojedynku dżentelmenów o honor własny lub cześć osobistej panienki. Tyle tylko, że o ile podobna nawalanka w wersji oryginalnej miała oprawę dość dramatyczną i  odbywała się przy użyciu szlachetnej broni białej lub inkrustowanych srebrem pistoletów, serwowanych  z pudełek wyściełanych aksamitem, o tyle w wydaniu współczesnych yuppies, facetów dobrze urodzonych, ale ze sportów walki uprawiających głównie jogging, przerodziła się w obłędną parodię. W obydwu panach zawrzała szlachetna krew przodków, uznali, że czas stawienia sobie czoła nadszedł, ale, niestety, zapomnieli, że o ile po pradziadach odziedziczyć można wykwintny zarys podbródka, to z umiejętnościami potykania się na ubitej ziemi jest już gorzej. Odstawili więc to, co dali radę – doskonałą walkę kogutów. Zaczęła się elegancko - Darcy z ogromną godnością i dość celnie ulokował na nosie Cleavera prawy prosty.  Daniel, po otrząśnięciu się z niemiłego zaskoczenia, natychmiast zapragnął krwawego odwetu, więc chybnął Markowi na plecy obalając go w uliczną kałużę. Potem obydwaj panowie, intuicyjnie  wyczuwając, że walka w zwarciu przerasta ich możliwości, przeszli do „półkontaktu” – podskakując w zwinnych unikach jak wróbelki, usiłowali  zedrzeć z przeciwnika markową marynarkę, jak najboleśniej kopnąć go w zadek lub chwytem za krawat powalić na glebę. W przebłyskach świadomości wracali na moment do swej naturalnej, uładzonej postaci. Lądując  wśród potraw konsumowanych przez klientów restauracji, do wnętrza której pojedynek nieoczekiwanie się przeniósł, uprzejmie przepraszali za kłopot, podawali serwetki, a nawet zaśpiewali chórem „Happy birthday” pechowemu jubilatowi. To heroiczne starcie biurowych tytanów jest dla mnie najatrakcyjniejszą sceną w filmie. Iskrzący się niebanalnym dowcipem scenariusz odniósł absolutne zwycięstwo nad największym felerem obrazu, jakim była rola Renée Zellweger. Natura wyposażyła tę aktorkę w powabną powierzchowność oraz jedną jedyną minę, przy pomocy której usiłowała zagrać całą rolę. Efekt osiągnęła dość kuriozalny – z szalonej i spontanicznej, a przy tym bystrej i doskonale sobie w życiu radzącej londyńskiej singielki,  zrobiła idiotkę rodem z dowcipów o blondynkach, o twarzy permanentnie ozdobionej tym samym grymasem zdezorientowania i pustki w głowie. Jakim cudem w takim gamoniu zagustowało aż dwóch atrakcyjnych facetów? I jakim cudem tak nieudolnie zagrana postać nie przeszkadza w ogólnie pozytywnym odbiorze filmu? Moim zdaniem, aby zepsuć równie dobry scenariusz, należałoby się dużo bardziej napracować, więc  jedna nietrafiona, choć główna rola skutecznie się ukryła w całej rewelacyjnej reszcie. Dlatego właśnie od kilkunastu lat co pewien czas, w noce bezsenne, przypominam sobie „Dziennik Bridget Jones”, który nadal, o dziwo, "daje radę".

Dobra noc: Borys Akunin - "Dekorator"

„Dekorator” wpadł mi w ręce jakoś dwa lata temu. Nazwisko Akunin nic mi nie mówiło (poza tym, że brzmieniowo skojarzyło mi się z Bakuninem), zaczęłam za nim guglać dopiero po lekturze kilkunastu pierwszych stron. Bo się zdumiałam! Niepomiernie się zdumiałam! Odniosłam nieodparte wrażenie, że czytam powieść dziewiętnastowieczną, napisaną w łatwo rozpoznawalnym stylu ówczesnej prozy rosyjskiej – leciutko sarkastycznym, z charakterystycznymi, grzecznościowymi zwrotami używanymi zarówno w narracji jak i w dialogach, elegancko wyważonym i unikającym ujawniania emocji nawet w scenach drastycznych. Co prawda od czasu do czasu pobrzmiewało mi w nim coś dziwnie współczesnego, ale złożyłam to na karb niedoskonałości tłumaczenia. (Błąd – jak się wkrótce okazało, bo znakomita Małgorzata Buchalik translacji „Dekoratora” dokonała po mistrzowsku). Gdy wujek Gugiel pouczył mnie, że „Akunin” nie jest nieznanym mi pseudonimem ani Dostojewskiego, ani Gogola, ani żadnego innego prozaika z czasów Rosji carskiej – lecz, owszem, pseudonimem, tyle że absolutnie współczesnego Grigorija Szałwowicza Czchartiszwilego, byłam, oględnie mówiąc, nieco zaskoczona.
„Dekorator” jest oryginalną odpowiedzią na częste utyskiwania czytelników, zarzucających autorom wtórność wątków i postaci, czyli, krótko mówiąc, marudzących: „Ale to już było! Pomysł zerżnięty od XY!”. Akunin dokonał czegoś kapitalnego: z premedytacją wziął wszystko „co już było”, by zrobić coś nowego. Powstała w ten sposób szarada powieściowa zbudowana z języka stylizowanego na dziewiętnastowieczny, atmosfery mglistych zaułków Londynu i błotnistych uliczek moskiewskich slamsów, wątku najsłynniejszego zbrodniarza wszechczasów oraz odrobiny Sherlocka Holmesa. Doskonała mikropowieść lub, jak kto woli – wypasione opowiadanie. Pozostałe części cyklu są równie warte zainteresowania – niektóre bardziej błyskotliwe i zaskakujące, inne mniej, żadna jednak nie schodzi poniżej poziomu dobrego.

Nocne koszmary: Krystyna Mirek - "Szczęście all inclusive"

Od czasu do czasu zmuszona jestem „zrobić” pociągiem trasę Kraków – Olsztyn. Gdyby nie starannie wyselekcjonowana zawartość mojego Kindle’a byłoby ciężko! Ostatnim razem biedaczek zasłabł jednak w nieodpowiednim momencie – nie miałam czasu nakarmić do syta jego baterii. Jęknęłam więc do przyjaciółki: „Pożycz coś do czytania na drogę. Oddam, gdy przyjadę.” W odpowiedzi wetknęła mi do torby jakieś dwa tomiki i dorzuciła: „Nie musisz oddawać! Naprawdę! Nie musisz!.” Ta uwaga powinna wzbudzić we mnie czujność, bo Aśka hołubi swoją bibliotekę i nie pozwala, aby jej się bez kontroli rozłaziła po ludziach, ale nie wzbudziła: cholernie się spieszyłam. W przedziale wyciągnęłam z podręcznego bagażu to coś, co na pozór wyglądało jak książki, a w rezultacie okazało się być dwoma kukułczymi jajami. Wielkimi, piegowatymi podrzutkami! Pierwsze wabiło się „Szczęście all inclusive”, drugie „Francuska opowieść”. Rany boskie! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam nieprzyjemność bliskiego kontaktu z takimi pierdołami! Gdyby nie nachalnie spragniony rozmowy współtowarzysz podróży, pewnie nie dobrnęłabym do końca, ale wolałam szeleścić kartkami, niż dyskutować o spiskach politycznych Polski i Unii. Czegóż to, moi państwo, nie było w tych nieszczęsnych femino-polo-harlequinach! Wszystko było! Była kopia Sandry Bullock i Ryana Reynoldsa, czyli wrednej i pięknej szefowej wydawnictwa oraz jej młodego asystenta, usidlonego w celach niegodnych („Narzeczony mimo woli” 2009 r.). Imiona bezczelnie przekalkowanych filmowych bohaterów, autorka była uprzejma wymienić – dla niepoznaki - na Oliwię i jakiegośtam, Jakuba chyba. Był niefortunny związek nieatrakcyjnej Beatki, przez lata, bez słowa sprzeciwu, utrzymującej młodego, przystojnego byczka. Oczywiście w odpowiednim momencie Beatka zmądrzała, a niedługo potem rozkwitła jako ta róża biała albo andersenowski łabądek i z pospolitej, niespełnionej geodetki, stała się urzekająco piękną pokojówką. Mało tego – Beatka wypiękniała nie tylko na ciele, ale i na duszy! Po kilku latach dzielenia łoża ze wspomnianym byczkiem, wróciła do stanu dziewictwa i aż do nocy poślubnej strzegła swej cudem odzyskanej cnoty, niczym żelazna przewodnicząca kółka różańcowego. Cóż jeszcze było w tych dwóch cudach literatury menstruacyjnej? No, oczywiście chamscy twardziele o duszach zbolałych i romantycznych, wredne suki o gołębich sercach i niespełnionych instynktach macierzyńskich, a nawet jeden hrabia się trafił, trochę schorowany, ale za to od lat młodzieńczych pielęgnujący w pamięci obraz utraconej miłości swego życia. Zamek też był, gaje oliwne i winnice były, utajona miłość spauperyzowanego potomka bogów greckich i rozpustnej choć nietkniętej dziewicy, która eksplodowała (miłość nie dziewica) z siłą wulkanu na Islandii, tego, który parę lat temu tak zasmarkał całą Europę pyłem, że trzeba było samolotami latać na piechotę. O reszcie bzdur, nieudolnych zapożyczeń, idiotyzmów i konstrukcji od czapy, nie warto pisać. Te dwie powieści (?) to kpina z inteligencji i dobrego smaku czytelników, romansidło, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Wisienkę na torcie znalazłam po powrocie do domu, porzuciwszy pierwej w pociągu obydwa „dzieła” i skonstatowawszy, dlaczegóż to moja znajoma (na pewien czas przestałam nazywać ją przyjaciółką), tak namiętnie odżegnywała się od możliwości oddania pożyczonych książek. Zaguglałm w poszukiwaniu informacji o autorce i cóż odkryłam?! Komediodramat z elementami horroru! Krystyna Mirek na portalu „Pasja pisania” rekomendowana jest jako ta prowadząca warsztaty dla adeptów pisarstwa, która „wprowadzi ich w tajniki warsztatu”! Jakiego, pytam się, warsztatu? Bo chyba nie tego, którym sama się posługuje. Rozumiem – każdy orze jak może, ale bez przesady.