Anglicy mieli swoją
Jane Austen, my… no, my nie mieliśmy, niestety. Owszem, mniej więcej w tym
samym okresie tworzyła np. Maria Wirtemberska, córka Izabeli Czartoryskiej, ale
jej najsłynniejsza powieść „Malwina czyli domyślność serca” prawie mnie zabiła,
gdy w ramach lektury obowiązkowej, zmuszona byłam kiedyś „spożyć” jej treść.
Pożar, bohaterski ratunek, piękny młodzieniec wabiący się Ludomir, równie
piękna arystokratka Malwina, w czternastej wiośnie życia zaobrączkowana przez
niekochanego, podstarzałego hulakę (który, na szczęście, w odpowiednim momencie
był uprzejmy zginąć na polowaniu), miłość, niewierność, kłody pod nogi, cudowne
zrządzenia losu, nieoczekiwane spotkania, dwa serca złączone, klucz wrzucony w
kanalizację przeciwdeszczową. Matko jedyna! Zagłada! Ergo: lektury, które do
szału uniesień i potoków łez doprowadziłyby Marianne Dashwood z „Rozważnej i
romantycznej”, można w polskiej literaturze namierzyć, ale niestety pisarki na
miarę Jane – błyskotliwej, krytycznej i niekonwencjonalnej, próżno w polskim
romantyzmie szukać. Przy powieściach Austen nie oniemiałam z zachwytu,
szczególnie, że nie wszystkie miały szczęście do dobrych tłumaczy, ale
przeczytałam je bez przymusu i ze sporą przyjemnością. Za to ekranizacje jej
twórczości uwielbiam i to z powodu całkowicie banalnego: są po prostu piękne. W
takim najprostszym sensie: piękne są zdjęcia, sielankowe plenery i
fortepianowa, romantyczna muzyka, piękni ludzie pokazani są w pięknych
wnętrzach, a nieskomplikowane historie pięknie się kończą. Gdy mam paskudny
dzień lub jeszcze gorszą noc, „na zaśnięcie” oglądam „Dumę i uprzedzenie”, tę
bez wątpienia najlepszą, pięcioodcinkową wersję z 1995 roku. I, głupia sprawa,
największą przyjemność sprawia mi podziwianie czołówki z fantastycznie kojącym,
muzycznym motywem w tle. Wzorzysta materia ozdabiana przez kogoś maleńkimi
perełkami, pożółkłe koronki, riuszki i guziczki obciągane pastelową nicią,
połysk wyblakłego jedwabiu – nostalgiczne wspomnienie nieistniejącego już
świata sprawia, że odzyskuję spokój i jest mi zwyczajnie dobrze – pełen relaks.
Jestem zadowolona, że ten film przenosi mnie w świat płaski,
jednoznacznie pozytywny, spokojny niczym pejzaże Constable'a, starannie
wyprany z wszelkich dramatycznych problemów egzystencjalnych - bez
głodnych, chłopskich dzieci, zaharowanych matek, nędznych chat, śmierci i
nieszczęść. Pozwala mi odetchnąć i podładować baterie, może i sztuczną, ale
dobrą energią. Łatwiej mi następnego dnia zachować pogodę ducha, gdy
codzienność zaczyna straszyć swoją zwykłą gębą.
sobota, 7 maja 2016
Noc filmowych powtórek: "Dziennik Bridget Jones" (2001)
Nie jestem widzem
ambitnym na tyle, aby oglądać wyłącznie filmy, które gwarantują zaliczenie tête
à tête ze sztuką wysoką. Szczerze mówiąc jestem dość prosta, a więc i
moje oczekiwania, co do produkcji następców Mélièsa (że tak polecę eufemizmem w
celu uniknięcia powtórzenia), są całkowicie trywialne: głównie szukam w
nich rozrywki i przyjemnych wrażeń estetycznych. Dobre zdjęcia, w miarę
niesztampowy scenariusz, profesjonalne aktorstwo (akurat ten warunek musi być
bezwzględnie spełniony), interesująca ścieżka muzyczna i jestem widzem
zadowolonym. Czasem bardziej, czasem mniej, ale jednak. Dziennik Bridges Jones
dość mnie usatysfakcjonował, bo scenariusz miał znakomity, reżyserię na
wysokim poziomie, bardzo dobrą obsadę i co najmniej jedną scenę, która, moim
zdaniem, powinna przejść do historii filmu. Mam na myśli „duel
zalotników” czyli przekomicznie nieudolne mordobicie w wykonaniu Marka
Darcy’ego i Daniela Cleavera. W „Brygidzie” – przekornych wariacjach na temat
„Dumy i uprzedzenia” Jane Austin, nie mogło zabraknąć i nie zabrakło
klasycznego dla literatury romantycznej pojedynku dżentelmenów o honor własny
lub cześć osobistej panienki. Tyle tylko, że o ile podobna nawalanka w wersji
oryginalnej miała oprawę dość dramatyczną i odbywała się przy użyciu
szlachetnej broni białej lub inkrustowanych srebrem pistoletów,
serwowanych z pudełek wyściełanych aksamitem, o tyle w wydaniu
współczesnych yuppies, facetów dobrze urodzonych, ale ze sportów walki
uprawiających głównie jogging, przerodziła się w obłędną parodię. W obydwu
panach zawrzała szlachetna krew przodków, uznali, że czas stawienia sobie czoła
nadszedł, ale, niestety, zapomnieli, że o ile po pradziadach odziedziczyć można
wykwintny zarys podbródka, to z umiejętnościami potykania się na ubitej ziemi
jest już gorzej. Odstawili więc to, co dali radę – doskonałą walkę kogutów.
Zaczęła się elegancko - Darcy z ogromną godnością i dość celnie ulokował na
nosie Cleavera prawy prosty. Daniel, po otrząśnięciu się z niemiłego
zaskoczenia, natychmiast zapragnął krwawego odwetu, więc chybnął Markowi na
plecy obalając go w uliczną kałużę. Potem obydwaj panowie, intuicyjnie
wyczuwając, że walka w zwarciu przerasta ich możliwości, przeszli do
„półkontaktu” – podskakując w zwinnych unikach jak wróbelki, usiłowali
zedrzeć z przeciwnika markową marynarkę, jak najboleśniej kopnąć go w zadek lub
chwytem za krawat powalić na glebę. W przebłyskach świadomości wracali na
moment do swej naturalnej, uładzonej postaci. Lądując wśród potraw
konsumowanych przez klientów restauracji, do wnętrza której pojedynek
nieoczekiwanie się przeniósł, uprzejmie przepraszali za kłopot, podawali
serwetki, a nawet zaśpiewali chórem „Happy birthday” pechowemu jubilatowi. To
heroiczne starcie biurowych tytanów jest dla mnie najatrakcyjniejszą sceną w
filmie. Iskrzący się niebanalnym dowcipem scenariusz odniósł absolutne
zwycięstwo nad największym felerem obrazu, jakim była rola Renée Zellweger.
Natura wyposażyła tę aktorkę w powabną powierzchowność oraz jedną jedyną minę,
przy pomocy której usiłowała zagrać całą rolę. Efekt osiągnęła dość kuriozalny
– z szalonej i spontanicznej, a przy tym bystrej i doskonale sobie w życiu
radzącej londyńskiej singielki, zrobiła idiotkę rodem z dowcipów o
blondynkach, o twarzy permanentnie ozdobionej tym samym grymasem
zdezorientowania i pustki w głowie. Jakim cudem w takim gamoniu zagustowało aż
dwóch atrakcyjnych facetów? I jakim cudem tak nieudolnie zagrana postać nie
przeszkadza w ogólnie pozytywnym odbiorze filmu? Moim zdaniem, aby zepsuć
równie dobry scenariusz, należałoby się dużo bardziej napracować, więc
jedna nietrafiona, choć główna rola skutecznie się ukryła w całej rewelacyjnej
reszcie. Dlatego właśnie od kilkunastu lat co pewien czas, w noce bezsenne,
przypominam sobie „Dziennik Bridget Jones”, który nadal, o dziwo, "daje
radę".
Dobra noc: Borys Akunin - "Dekorator"
„Dekorator” wpadł mi w ręce jakoś dwa lata temu.
Nazwisko Akunin nic mi nie mówiło (poza tym, że brzmieniowo skojarzyło mi się z
Bakuninem), zaczęłam za nim guglać dopiero po lekturze kilkunastu pierwszych
stron. Bo się zdumiałam! Niepomiernie się zdumiałam! Odniosłam nieodparte
wrażenie, że czytam powieść dziewiętnastowieczną, napisaną w łatwo
rozpoznawalnym stylu ówczesnej prozy rosyjskiej – leciutko sarkastycznym, z
charakterystycznymi, grzecznościowymi zwrotami używanymi zarówno w narracji jak
i w dialogach, elegancko wyważonym i unikającym ujawniania emocji nawet w
scenach drastycznych. Co prawda od czasu do czasu pobrzmiewało mi w nim coś
dziwnie współczesnego, ale złożyłam to na karb niedoskonałości tłumaczenia.
(Błąd – jak się wkrótce okazało, bo znakomita Małgorzata Buchalik translacji
„Dekoratora” dokonała po mistrzowsku). Gdy wujek Gugiel pouczył mnie, że
„Akunin” nie jest nieznanym mi pseudonimem ani Dostojewskiego, ani Gogola, ani
żadnego innego prozaika z czasów Rosji carskiej – lecz, owszem, pseudonimem,
tyle że absolutnie współczesnego Grigorija Szałwowicza Czchartiszwilego, byłam,
oględnie mówiąc, nieco zaskoczona.
„Dekorator” jest oryginalną odpowiedzią na częste
utyskiwania czytelników, zarzucających autorom wtórność wątków i postaci, czyli,
krótko mówiąc, marudzących: „Ale to już było! Pomysł zerżnięty od XY!”. Akunin
dokonał czegoś kapitalnego: z premedytacją wziął wszystko „co już było”, by
zrobić coś nowego. Powstała w ten sposób szarada powieściowa zbudowana z języka
stylizowanego na dziewiętnastowieczny, atmosfery mglistych zaułków Londynu i
błotnistych uliczek moskiewskich slamsów, wątku najsłynniejszego zbrodniarza
wszechczasów oraz odrobiny Sherlocka Holmesa. Doskonała mikropowieść lub, jak
kto woli – wypasione opowiadanie. Pozostałe części cyklu są równie warte
zainteresowania – niektóre bardziej błyskotliwe i zaskakujące, inne mniej,
żadna jednak nie schodzi poniżej poziomu dobrego.
Nocne koszmary: Krystyna Mirek - "Szczęście all inclusive"
Od czasu do czasu zmuszona jestem
„zrobić” pociągiem trasę Kraków – Olsztyn. Gdyby nie starannie wyselekcjonowana
zawartość mojego Kindle’a byłoby ciężko! Ostatnim razem biedaczek zasłabł
jednak w nieodpowiednim momencie – nie miałam czasu nakarmić do syta jego
baterii. Jęknęłam więc do przyjaciółki: „Pożycz coś do czytania na drogę.
Oddam, gdy przyjadę.” W odpowiedzi wetknęła mi do torby jakieś dwa tomiki i
dorzuciła: „Nie musisz oddawać! Naprawdę! Nie musisz!.” Ta uwaga powinna
wzbudzić we mnie czujność, bo Aśka hołubi swoją bibliotekę i nie pozwala, aby
jej się bez kontroli rozłaziła po ludziach, ale nie wzbudziła: cholernie się
spieszyłam. W przedziale wyciągnęłam z podręcznego bagażu to coś, co na pozór
wyglądało jak książki, a w rezultacie okazało się być dwoma kukułczymi jajami.
Wielkimi, piegowatymi podrzutkami! Pierwsze wabiło się „Szczęście all
inclusive”, drugie „Francuska opowieść”. Rany boskie! Nie pamiętam, kiedy
ostatni raz miałam nieprzyjemność bliskiego kontaktu z takimi pierdołami! Gdyby
nie nachalnie spragniony rozmowy współtowarzysz podróży, pewnie nie dobrnęłabym
do końca, ale wolałam szeleścić kartkami, niż dyskutować o spiskach
politycznych Polski i Unii. Czegóż to, moi państwo, nie było w tych
nieszczęsnych femino-polo-harlequinach! Wszystko było! Była kopia Sandry
Bullock i Ryana Reynoldsa, czyli wrednej i pięknej szefowej wydawnictwa oraz
jej młodego asystenta, usidlonego w celach niegodnych („Narzeczony mimo woli”
2009 r.). Imiona bezczelnie przekalkowanych filmowych bohaterów, autorka była
uprzejma wymienić – dla niepoznaki - na Oliwię i jakiegośtam, Jakuba chyba. Był
niefortunny związek nieatrakcyjnej Beatki, przez lata, bez słowa sprzeciwu,
utrzymującej młodego, przystojnego byczka. Oczywiście w odpowiednim momencie
Beatka zmądrzała, a niedługo potem rozkwitła jako ta róża biała albo
andersenowski łabądek i z pospolitej, niespełnionej geodetki, stała się
urzekająco piękną pokojówką. Mało tego – Beatka wypiękniała nie tylko na ciele,
ale i na duszy! Po kilku latach dzielenia łoża ze wspomnianym byczkiem, wróciła
do stanu dziewictwa i aż do nocy poślubnej strzegła swej cudem odzyskanej
cnoty, niczym żelazna przewodnicząca kółka różańcowego. Cóż jeszcze było w tych
dwóch cudach literatury menstruacyjnej? No, oczywiście chamscy twardziele o
duszach zbolałych i romantycznych, wredne suki o gołębich sercach i
niespełnionych instynktach macierzyńskich, a nawet jeden hrabia się trafił,
trochę schorowany, ale za to od lat młodzieńczych pielęgnujący w pamięci obraz
utraconej miłości swego życia. Zamek też był, gaje oliwne i winnice były,
utajona miłość spauperyzowanego potomka bogów greckich i rozpustnej choć
nietkniętej dziewicy, która eksplodowała (miłość nie dziewica) z siłą wulkanu
na Islandii, tego, który parę lat temu tak zasmarkał całą Europę pyłem, że
trzeba było samolotami latać na piechotę. O reszcie bzdur, nieudolnych
zapożyczeń, idiotyzmów i konstrukcji od czapy, nie warto pisać. Te dwie
powieści (?) to kpina z inteligencji i dobrego smaku czytelników, romansidło,
które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Wisienkę na torcie znalazłam
po powrocie do domu, porzuciwszy pierwej w pociągu obydwa „dzieła” i
skonstatowawszy, dlaczegóż to moja znajoma (na pewien czas przestałam nazywać
ją przyjaciółką), tak namiętnie odżegnywała się od możliwości oddania
pożyczonych książek. Zaguglałm w poszukiwaniu informacji o autorce i cóż
odkryłam?! Komediodramat z elementami horroru! Krystyna Mirek na portalu „Pasja
pisania” rekomendowana jest jako ta prowadząca warsztaty dla adeptów pisarstwa,
która „wprowadzi ich w tajniki warsztatu”! Jakiego, pytam się, warsztatu? Bo
chyba nie tego, którym sama się posługuje. Rozumiem – każdy orze jak może, ale
bez przesady.
Subskrybuj:
Posty (Atom)