Zimy długo latoś nie było, więc dnia pewnego
zostawiłam samochód przed garażem, żeby rano zyskać dodatkowe
sześć minut snu. W nocy nieoczekiwanie nastąpiło zlodowacenie
wtórne, więc o 6.50, zamiast bryki, ujrzałam kopkę śniegu
oblanego zamarzniętą politurą. Czysta złośliwość losu! Wejście
do środka, włączenie ogrzewania i wydobycie skrobaczki okazało
się utopią, więc przy pomocy nieaktualnej karty bankomatowej
wydłubałam nieduży wizjer na szybie przed kierowcą, a potem
plastikową szufelką zaczęłam podważać brzeg drzwi w nadziei, że
może się jednak odkleją od uszczelki. Nie odkleiły się, za to w
drzazgi poszła i szufelka i dwa z moich świeżo zrobionych
paznokci. Spocona i wściekła, ale nadal pełna ducha walki,
wróciłam do domu po przedłużacz oraz suszarkę do włosów —
urządzenie wielce przydatne, jeśli chodzi o odmrażanie samochodu.
Prawie godzinę zajęło mi szukanie rzeczonego przedłużacza,
który oczywiście nie leżał tam, gdzie powinien, powtórne
ablucje i poprawianie rozbabranego makijażu. Kiedy wylazłam z domu,
wyposażona w sprzęt marki Remington 2000W z dyfuzorem i cudem
znaleziony w piwnicy kręciołek z kablem, okazało się, że z
podziemia na świat boży wypełzła odwilż i wszystko co białe,
samoczynnie zaczęło zjeżdżać z karoserii! No, ludzie kochani,
myślałam, że mnie ciężki szlag trafi! Po kiego się było
wykazywać twórczym myśleniem, paznokcie przy tym tracąc, skoro
wystarczyło poczekać!
Porzuciłam zbędne mi już AGD, odpaliłam gablotę i ruszyłam co tchu na niezwykle oficjalne, niezwykle pilne i niezwykle służbowe spotkanie. Oczywiście ubrana byłam niezwykle starannie, niezwykle pięknie (no, powiedzmy) i niezwykle służbowo. Tak mi się w każdym razie wydawało, dopóki, po dotarciu do celu, wysiadając, nie wystawiłam z samochodu nóg. Rajstopy były spoko – świeżutki zakup z nowej kolekcji Gatty, ale, cholera jasna, im niżej, tym gorzej! Ze zgrozą i niedowierzaniem gapiłam się na własne końcówki, obute w wiekuiste, obtłuczone glany, z noskami zjechanymi do goła i strzępkami sznurowadeł, których używam (glanów, rzecz jasna, nie sznurowadeł) wyprowadzając psa na bezdroża lub wykonując prace ciężkie! W amoku odmrażania kompletnie wyszło mi z głowy, że przed wyjazdem bezwzględnie powinnam była wdziać mniej sfatygowane buciory...
Po kilkugodzinnej naradzie, którą przesiedziałam z odnóżami splecionymi w precelek i starannie wepchniętymi pod krzesło, wraz z kilkoma normalnie ubranymi osobami, poszłam na kawę. Od rana była ona już trzecią, więc naturalną koleją rzeczy zapragnęłam odwiedzić toaletę. Czyściutką, pachnącą i klaustrofobicznie maciupeńką! A ja właśnie, amatorsko, cierpię na klaustrofobię. Taką szczególną — wybiórczą! Absolutnie zawsze, korzystając z publicznych przybytków, skupiam się nie na celu, w jakim do nich przybywam, lecz obmyślaniu metod ewakuacji w przypadku, gdyby drzwi nieodwracalnie się zatrzasnęły. Z przyzwyczajenia i tym razem zaczęłam analizować wnętrze. Skonstatowałam (nie po raz pierwszy zresztą, bo w kawiarni tej bywam często), że oprócz drzwi, ustronne to miejsce nie posiada wyjść alternatywnych. Okien zero, ściany solidnie wymurowane aż po sufit, a kratka ściekowa tak mikroskopijna, że i bohaterskie przeczołganie się kanałami odpada! Były to jednak spostrzeżenia rutynowe, więc odfajkowując je, zrealizowałam jednocześnie wiadomo co, „skompletowałam wygląd” i obróciłam pokrętełko zamka. Potem obróciłam raz jeszcze i jeszcze raz, i kolejny! Obracać, owszem, obracało się jak diabli, ale zasuwka ani drgnęła! Po raz drugi tego dnia poczułam, jak oblewa mnie zimny pot desperacji. Kłapnęłam z całej mocy klamką, licząc, że coś to pomoże, bo cuda ponoć się zdarzają. Może i prawda, ale niestety, tym razem okazała się być ona bez pokrycia. Najczarniejszy z czarnych scenariuszy, opowiadający o powolnej, samotnej, upokarzającej śmierci w publicznej toalecie, stawał się ciałem! Zatrzasnęłam się na amen! Co robić? Krzyczeć? Ale co krzyczeć? Pali się? Złodzieje? Na pomoc? Help me? Otwórzcie, kurwa, te drzwi? Nie mogąc się zdecydować ani na zdanie, ani na jego równoważnik, postanowiłam pukać. Najpierw metodą standardową, ale szybko zaczęły mnie boleć kostki palców, toteż trachnęłam parę razy w dechy samochodowym pilotem, szczęśliwie znalezionym w kieszeni. Przypomniałam sobie jednak, ile zapłaciłam za jego wymianę po katastrofie, której niegdyś uległ, więc zastąpiłam go zapalniczką. Zwiększyłam także częstotliwość uderzeń. I nic! No żesz w mordę! Wszyscy goście tudzież personel są głusi, czy mają pęcherze pojemniejsze od mojego? Nikt nie słyszy mojego S.O.S.? Nikt nie potrzebuje zrobić siusiu? Paniczna cholera mną zatrzęsła, więc gratulując sobie w duchu, że zapomniałam rano zmienić obuwie na subtelniejsze, pociągnęłam z glana w dolną część drzwi. Łomot jaki się rozległ, zerwałby na nogi nawet siedmiu braci śpiących, więc podziałał i na ułomny zmysł słuchu kelnerki. Wparowała do części „umywalkowej” toalety, zadała mi idiotyczne pytanie: „Zatrzasnęła się pani?”, po czym natychmiast gdzieściś wyparowała. Po chwili wróciła, prowadząc ze sobą czterech (!), jak się później okazało, gości, którzy w nadziei zdobycia unikalnej sprawności rycerza ratującego księżniczkę z zamkniętej wieży, porzucili filiżanki kawy „Muu” i wyposażeni w jeden nóż stołowy, przybyli, aby wspólnymi siłami przekręcić od zewnątrz zamykadełko. Zanim przystąpili do tego wiekopomnego dzieła, jeden z nich – Rycerz Ani Chybi Jajogłowy – zapytał mnie, czy aby na pewno mają otworzyć te nieszczęsne wrota! Bardzo to przezorne, że się upewnił. Bardzo! Ostatecznie jako Jajogłowy miał prawo podejrzewać, że nadal wiszę nad klopem w pozycji jednoznacznej, na wabia grzmocę w drzwi z buta, a w rzeczywistości nieprzystojnie dybię na ich skromność, honor i śluby czystości! Phhh! Mimo wszystko, gdy już przestałam czuć się zapuszkowana i odzyskałam podstawowe zasoby stabilności emocjonalnej, udało mi się wycedzić w kierunku mojego bohatera zwięzłe „Dziękuję” i omieść go wyniosłym spojrzeniem. Wolność, to piękna sprawa, więc warta jest pewnych ofiar!
Porzuciłam zbędne mi już AGD, odpaliłam gablotę i ruszyłam co tchu na niezwykle oficjalne, niezwykle pilne i niezwykle służbowe spotkanie. Oczywiście ubrana byłam niezwykle starannie, niezwykle pięknie (no, powiedzmy) i niezwykle służbowo. Tak mi się w każdym razie wydawało, dopóki, po dotarciu do celu, wysiadając, nie wystawiłam z samochodu nóg. Rajstopy były spoko – świeżutki zakup z nowej kolekcji Gatty, ale, cholera jasna, im niżej, tym gorzej! Ze zgrozą i niedowierzaniem gapiłam się na własne końcówki, obute w wiekuiste, obtłuczone glany, z noskami zjechanymi do goła i strzępkami sznurowadeł, których używam (glanów, rzecz jasna, nie sznurowadeł) wyprowadzając psa na bezdroża lub wykonując prace ciężkie! W amoku odmrażania kompletnie wyszło mi z głowy, że przed wyjazdem bezwzględnie powinnam była wdziać mniej sfatygowane buciory...
Po kilkugodzinnej naradzie, którą przesiedziałam z odnóżami splecionymi w precelek i starannie wepchniętymi pod krzesło, wraz z kilkoma normalnie ubranymi osobami, poszłam na kawę. Od rana była ona już trzecią, więc naturalną koleją rzeczy zapragnęłam odwiedzić toaletę. Czyściutką, pachnącą i klaustrofobicznie maciupeńką! A ja właśnie, amatorsko, cierpię na klaustrofobię. Taką szczególną — wybiórczą! Absolutnie zawsze, korzystając z publicznych przybytków, skupiam się nie na celu, w jakim do nich przybywam, lecz obmyślaniu metod ewakuacji w przypadku, gdyby drzwi nieodwracalnie się zatrzasnęły. Z przyzwyczajenia i tym razem zaczęłam analizować wnętrze. Skonstatowałam (nie po raz pierwszy zresztą, bo w kawiarni tej bywam często), że oprócz drzwi, ustronne to miejsce nie posiada wyjść alternatywnych. Okien zero, ściany solidnie wymurowane aż po sufit, a kratka ściekowa tak mikroskopijna, że i bohaterskie przeczołganie się kanałami odpada! Były to jednak spostrzeżenia rutynowe, więc odfajkowując je, zrealizowałam jednocześnie wiadomo co, „skompletowałam wygląd” i obróciłam pokrętełko zamka. Potem obróciłam raz jeszcze i jeszcze raz, i kolejny! Obracać, owszem, obracało się jak diabli, ale zasuwka ani drgnęła! Po raz drugi tego dnia poczułam, jak oblewa mnie zimny pot desperacji. Kłapnęłam z całej mocy klamką, licząc, że coś to pomoże, bo cuda ponoć się zdarzają. Może i prawda, ale niestety, tym razem okazała się być ona bez pokrycia. Najczarniejszy z czarnych scenariuszy, opowiadający o powolnej, samotnej, upokarzającej śmierci w publicznej toalecie, stawał się ciałem! Zatrzasnęłam się na amen! Co robić? Krzyczeć? Ale co krzyczeć? Pali się? Złodzieje? Na pomoc? Help me? Otwórzcie, kurwa, te drzwi? Nie mogąc się zdecydować ani na zdanie, ani na jego równoważnik, postanowiłam pukać. Najpierw metodą standardową, ale szybko zaczęły mnie boleć kostki palców, toteż trachnęłam parę razy w dechy samochodowym pilotem, szczęśliwie znalezionym w kieszeni. Przypomniałam sobie jednak, ile zapłaciłam za jego wymianę po katastrofie, której niegdyś uległ, więc zastąpiłam go zapalniczką. Zwiększyłam także częstotliwość uderzeń. I nic! No żesz w mordę! Wszyscy goście tudzież personel są głusi, czy mają pęcherze pojemniejsze od mojego? Nikt nie słyszy mojego S.O.S.? Nikt nie potrzebuje zrobić siusiu? Paniczna cholera mną zatrzęsła, więc gratulując sobie w duchu, że zapomniałam rano zmienić obuwie na subtelniejsze, pociągnęłam z glana w dolną część drzwi. Łomot jaki się rozległ, zerwałby na nogi nawet siedmiu braci śpiących, więc podziałał i na ułomny zmysł słuchu kelnerki. Wparowała do części „umywalkowej” toalety, zadała mi idiotyczne pytanie: „Zatrzasnęła się pani?”, po czym natychmiast gdzieściś wyparowała. Po chwili wróciła, prowadząc ze sobą czterech (!), jak się później okazało, gości, którzy w nadziei zdobycia unikalnej sprawności rycerza ratującego księżniczkę z zamkniętej wieży, porzucili filiżanki kawy „Muu” i wyposażeni w jeden nóż stołowy, przybyli, aby wspólnymi siłami przekręcić od zewnątrz zamykadełko. Zanim przystąpili do tego wiekopomnego dzieła, jeden z nich – Rycerz Ani Chybi Jajogłowy – zapytał mnie, czy aby na pewno mają otworzyć te nieszczęsne wrota! Bardzo to przezorne, że się upewnił. Bardzo! Ostatecznie jako Jajogłowy miał prawo podejrzewać, że nadal wiszę nad klopem w pozycji jednoznacznej, na wabia grzmocę w drzwi z buta, a w rzeczywistości nieprzystojnie dybię na ich skromność, honor i śluby czystości! Phhh! Mimo wszystko, gdy już przestałam czuć się zapuszkowana i odzyskałam podstawowe zasoby stabilności emocjonalnej, udało mi się wycedzić w kierunku mojego bohatera zwięzłe „Dziękuję” i omieść go wyniosłym spojrzeniem. Wolność, to piękna sprawa, więc warta jest pewnych ofiar!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz